Font Size

Czcionka
alexjones.pl Ekologia i środowisko Skoro tak zwane „odnawialne źródła energii” nie redukują emisji dwutlenku węgla do atmosfery, to po co je w ogóle stosować?
Kategoria: Ekologia i środowisko   Środa, 24 lipiec 2019 14:06 Napisał

Skoro tak zwane „odnawialne źródła energii” nie redukują emisji dwutlenku węgla do atmosfery, to po co je w ogóle stosować?

Skoro tak zwane „odnawialne źródła energii” nie redukują emisji dwutlenku węgla do atmosfery, to po co je w ogóle stosować? Tony Alter/Flickr/CC BY 2.0

Na portalu cire.pl ukazała się publikacja pt.: „Odnawialne źródła energii”, którego autorem jest Bogusław Marzec, główny ekonomista PGNiG. [1] To kolejny, bardzo ważny krytyczny głos w sprawie OZE, bo pochodzący od kogoś, kto patrzy pragmatycznie na to, co się wokół nich dzieje. Omawiamy tę także dlatego, by zwrócić naszym politykom uwagę na eksperckie głosy specjalistów, którzy nie dali się zbałamucić klimatycznym czarownikom. Bogusław Marzec pokusił się o zwięzłą analizę OZE przez pryzmat ich opłacalności oraz spełnienia zasadniczego celu, jakim ma być redukcja emisji CO2.

Uwaga wstępna

Trzeba pamiętać, że do wytwarzania energii elektrycznej i cieplnej wykorzystuje się konwencjonalne źródła energii pierwotnej (paliwa kopalne) oraz tzw. „odnawialne źródła energii” (OZE), zwane przez propagandzistów „zieloną” energią. Jak przytacza autor, w Polsce ponad 75% energii elektrycznej wytwarza się z węgla kamiennego i brunatnego. Unijne dyrektywy obowiązujące w krajach członkowskich do odnawialnych źródeł zaliczają energię słoneczną, wiatrową, wodną, geotermalną, energię fal morskich oraz biomasę (produkty a w zasadzie odpadki produkcji rolniczej i leśnej), spalaną w podobny sposób jak paliwa konwencjonalne. Elektrownie jądrowe tworzą osobną kategorię, nie zaliczaną ani do konwencjonalnych ani odnawialnych źródeł energii. To usystematyzowanie jest istotne do dalszego porównywania jednych i drugich źródeł wytwarzania energii.

Szczególnie interesujące są te fragmenty tekstu, które dotyczą energetyki wiatrowej, chociaż pozostałe źródła odnawialne w cale nie wyglądają lepiej biorąc pod uwagę sens ekonomiczny ich stosowania oraz wpływ na redukcję emisji CO2. Bogusław Marzec opisuje kto zapoczątkował klimatyczną histerię. Niestety trafiła ona na podatny, polityczny grunt. Nie zmienia to faktu, że są naukowcy, którzy wytknęli błędy metodologiczne w rozpropagowanym przez raporty IPCC modelu klimatycznym nie mają wsparcia mediów i polityków żyjących z walki z globalnym ociepleniem. Nie mniej jednak abstrahując od tego czy to dwutlenek węgla rzeczywiście odpowiada za „globalne ocieplenie", to i tak dotychczasowe metody walki z klimatem za pomocą OZE akurat na zmniejszenie jego emisji nie mają wpływu. Jest wręcz przeciwnie, co bardzo prosto i czytelnie opisuje w swojej publikacji główny ekonomista PGNiG.

Uszczęśliwianie na siłę

Bogusław Marzec pisze w jaki sposób wymuszono na spółkach obrotu energią zakupy energii pochodzącej z OZE. Stało się tak tylko i wyłącznie dzięki odgórnym regulacjom prawnym, które nakazują odgórnie zakupy określonej ilość tzw. „zielonej" energii, pod groźbą kar finansowych. W ten sposób pasożytnicze OZE rozrosły się w systemie elektroenergetycznym i tylko dzięki uległości unijnych polityków oraz kolejnych rządów pasożytą tam coraz bardziej:

„Aby nakłonić wytwórców energii do produkcji „energii zielonej” zastosowano rozwiązania prawne, które powodowały, że przedsiębiorstwa energetyczne były praktycznie zmuszone do produkcji energii z OZE. Wprowadzono przepis, który określał minimalny udział procentowy energii z OZE w ilości sprzedanej energii jakim musiało się wykazać przedsiębiorstwo energetyczne zajmujące się sprzedażą energii. Jeśli spółka obrotu nie miała w swoim portfelu odpowiedniej ilości energii ze źródeł odnawialnych, karana była tzw. opłatą wyrównawczą. Opłata wyrównawcza była nakładana na brakującą ilość energii pochodzącej z OZE. Jej cena jednostkowa była ustalana na poziomie przekraczającym koszt wytwarzania energii metodą tradycyjną. Aby uniknąć opłat wyrównawczych, spółka obrotu mogła kupić brakującą ilość energii z OZE od jej producenta, który mógł sprzedać swoją energię wcześniej po cenie rynkowej a stratę wynikającą z różnicy między kosztami a uzyskaną ceną pokrywać poprzez sprzedaż tzw. zielonych certyfikatów (świadectw pochodzenia energii z OZE) sprzedawcom energii zmuszonym do uzupełnienia brakującej ilości energii z OZE. Producenci energii z OZE mają także preferencję w postaci pierwszeństwa dostępu do sieci elektroenergetycznej. Polega to na tym, że gdy zawieje wiatr lub zaświeci słońce, operator sieci elektroenergetycznej ma obowiązek wpuścić do sieci energię produkowaną przez wiatraki lub ogniwa fotowoltaiczne i dla równowagi zmniejszyć pobór od elektrowni konwencjonalnych.” [1]

Dopłaty, dotacje, ceny gwarantowane …

Dalej Marzec pisze o spekulacjach związanych z handlem zielonymi certyfikatami. Gdy system okazał się „niewydajny" dla OZE to wprowadzono nowy system aukcyjny, który stanowi swoistą „kroplówkę życia" do dalszego funkcjonowania OZE. W systemie aukcyjnym państwo gwarantuje bowiem stały poziom dochodów dla producentów OZE przez ustalony okres wsparcia, np. przez 15 lat.

„Zielone certyfikaty stały się przedmiotem handlu i spekulacji. Nie wdając się w zawiłości rynku handlu i nadużyciami w tej materii, problem ten sam się rozwiązał, ponieważ system certyfikatów splajtował, gdy ceny certyfikatów spadły poniżej granicy opłacalności ich wytwórców. W jego miejsce wprowadzono system aukcyjny, który znacznie skuteczniej będzie odzierać odbiorców ze skóry. W nowym systemie, wytwórcy energii z OZE deklarują na aukcjach po jakiej cenie będą sprzedawać energię elektryczną. Wylicytowana cena jest ceną gwarantowaną po jakiej wytwórca energii z OZE będzie sprzedawał energię. Przy obecnym nasyceniu systemów elektroenergetycznych elektrowniami wiatrowymi w Europie Północnej coraz częściej spotykamy się z przypadkami, w których przy wietrznej pogodzie mamy taki nadmiar energii, że ceny spadają niekiedy do zera. Najczęściej dzieje się to w nocy, kiedy mamy na spadek zapotrzebowania a wiatraki dostarczają olbrzymie ilości nikomu nie potrzebnej energii elektrycznej. Na spadku cen wcale nie korzystają odbiorcy energii, ponieważ właściciele wiatraków dostają dotacje państwowe w wysokości różnicy pomiędzy ceną rynkową a ceną wylicytowaną na aukcji. Dotacje państwowe czyli pieniądze wyciągnięte z kieszeni odbiorców energii.” [1]

Biomasa, czyli jak oszukać społeczeństwo?

Marzec pisze też o nieefektywnym współspalaniu biomasy, które to spalanie zakłóca naturalny cykl biologiczny funkcjonujący na Ziemi oraz o tym, że całkowita rezygnacja z węgla wyłącznie na rzecz biomasy spowodowałby cofnięcie cywilizacyjne o kilkaset lat. Jeśli damy się uwieść opowieściom klimatystów, że OZE wybawi świat od wszelkiego nieszczęścia, to zostaniemy niedługo bez dostępu do energii. Pytanie retoryczne - co sprawiło, że tej oszukańczej zielonej wizji ulegli profesorowie i inżynierowie, którzy doskonale wiedzą, jak funkcjonuje energetyka? O tym, że politycy ulegają lobbystom i pieniądzom, to wiemy nie do wczoraj. W efekcie traci na tym całe społeczeństwo, przemysł i gospodarka.

„Przykładowo można zrezygnować z produkcji energii elektrycznej z węgla ale w jego miejsce nie wprowadzać biomasy tylko wyzłomować bloki energetyczne, dostosowując zmniejszoną moc zainstalowaną do wcześniej zaplanowanej mniejszej produkcji energii. W tej sytuacji bylibyśmy zmuszeni pozbyć się klimatyzatorów, lodówek, telewizorów, unieruchomić windy w budynkach, przesiąść się z samochodów na furmanki itd. czyli cofnąć się cywilizacyjnie o kilkaset lat. Aż wierzyć się nie chce, że piramidalna bzdura o zamkniętym cyklu spalania biomasy została przyjęta przez znaczną część społeczeństwa. Co więcej, wiarę temu dali ludzie wykształceni niejednokrotnie z tytułem profesora i inżyniera energetyka. Jeśli w tak oczywistej sprawie udało się oszukać społeczeństwo to nie ma się co dziwić, że udało się to także w przypadku energii wiatrowej.” [1]

Nieefektywne wiatraki

Kluczem do zrozumienia obsesji na punkcie OZE i politycznych akcji „ratowania klimatu” są jednak wiatraki i stojący za nimi przemysł globalnego ocieplenia. Grzechy energetyki wiatrowej są znane od lat. Opisujemy je od zawsze, a mimo to wciąż znajdują się głupi i tępi politycy, co to opowiadają bzdury, jaka to jest tania i czysta energia. Przez litość nie podamy nazwisk tych osób, gdyż nie będziemy ich promować. Politycy, którzy mówią, że energia produkowana przez elektrownie wiatrowe jest tańsza od energetyki konwencjonalnej zwyczajnie kłamią lub nie wiedzą, co mówią. Zwyczajnie powtarzają slogany zasłyszane od lobbystów. Marzec podkreśla w swoim tekście ten oczywisty brak efektywności wiatraków w produkcji energii.

„Elektrownie wiatrowe wytwarzają energię elektryczną w sposób bezemisyjny. Jednak ich praca jest uzależniona od kapryśnych warunków atmosferycznych a konkretnie długotrwałych i mocnych wiatrów. Niestety te nie są zbyt łaskawe dla wiatraków w naszej części Europy. O ile elektrownia konwencjonalna pracuje prawie cały rok (z przerwami na remonty i konserwacje), a dokładniej ok. 80% czasu, to praca i 20% czasu to przestój, o tyle w przypadku elektrowni wiatrowych jest odwrotnie. W naszej strefie klimatycznej czyli w Europie Środkowej, pracują średnio ok. 1750 godzin rocznie, co stanowi ok. 20% pracy i 80% przestoju. Najnowsze zdobycze techniki wiatrowej potrafią osiągnąć ponad 25% - czasu pracy, co nie zmienia istotnie stanu rzeczy. Przyjmijmy z korzyścią dla wiatraków, że czas pracy elektrowni wiatrowej jest trzykrotnie krótszy niż elektrowni konwencjonalnych. Ponadto żywotność wiatraków jest szacowana na ok. 20 lat, to jest dwukrotnie mniej niż bloków węglowych. Biorąc pod uwagę, że jednostkowe nakłady inwestycyjne mocy zainstalowanej (zł/MW) są dla elektrowni węglowej i elektrowni wiatrowej na podobnym poziomie ok. 6 mln/MW, do wyprodukowania jednakowej ilości energii elektrycznej, nakłady inwestycyjne w elektrownie wiatrową powinny być sześciokrotnie wyższe niż w węglową. To po pierwsze.” [1]

Niestabilna praca wiatraków

Brak efektywności w produkcji energii przez elektrownie wiatrowe jest bardzo poważnym problemem. Jednak jest problem jeszcze gorszy, czyli brak ciągłości w ich pracy, wynikający z oczywistego faktu, że wiatr wieje kiedy chce i gdzie chce. Ten aspekt jest nie do skontrolowania i do wysterowania.

„Po drugie, podstawowym problemem produkcji energii wiatrowej jest niestabilna praca wiatraków. Przejawia się to spadkiem mocy lub jej całkowitym zanikiem w okresie spadku siły wiatru, jego zaniku lub też zbyt silnego wiatru (wtedy wiatraki też nie pracują). Operator sieci przesyłowej musi wyrównać różnice, wykorzystując tzw. moc rezerwową. Odbywa się to poprzez utrzymywanie w rezerwie elektrowni buforowych, gazowych lub węglowych. Wygodniejsze w użyciu są elektrownie gazowe. Można je uruchomić w dwie lub trzy godziny. Emitują o połowę mniej dwutlenku węgla niż elektrownie węglowe. Jednak koszt produkcji energii elektrycznej jest tu znacznie bo o ok. 50% wyższy niż w elektrowni węglowej. Ponadto żywotność elektrowni gazowej pracującej w reżimie ciągłego włączania i wyłączania znacznie spada. Moc rezerwową można zapewnić także poprzez utrzymywanie w systemie tzw. rezerwy wirującej, to jest elektrowni pracujących na mocy mniejszej niż nominalna w czasie pracy wiatraków. W Polsce, rezerwę wirującą stanowią elektrownie węglowe. Niestety, oznacza to, że pracują one znacznie poniżej swoich optymalnych parametrów spalania. Powoduje to spadek ich sprawności, a w konsekwencji wzrost kosztów wytwarzania energii oraz relatywnie wysoką emisją gazów i pyłów przeliczaną na jednostkę wytwarzanej energii. Niekiedy mamy do czynienia z sytuacją, kiedy to po włączeniu wiatraków do systemu, wysprzęgla się generatorbloku węglowego. Wtedy kocioł, którego nie można wygasić spala węgiel całkowicie nadaremno. Można powiedzieć, że w czasie produkcji energii elektrycznej przez wiatraki, rezerwa wirująca jest w tym czasie znakomitym producentem dwutlenku węgla i źródłem marnotrawstwa energii. Elektrownie węglowe nie mogą stać w gotowości tak jak elektrownie gazowe, ponieważ ich rozruch trwa dwie doby.” [1]

Podwójne koszty utrzymania systemu z wiatrakami

Niestety to nie jest koniec problemów z elektrowniami wiatrowymi, gdyż inwestując w te źródła energii, musimy – podkreślamy to szczególnie mocno – musimy jednocześnie zapewnić rezerwę mocy w energetyce konwencjonalnej, która będzie dostarczać energię w razie braku produkcji przez wiatraki. Niezbędne jest też bieżące zarządzanie siecią i pracą wszystkich elektrowni, co generuje dodatkowe koszty po stronie systemu elektroenergetycznego, za które wytwórcy OZE nie płacą.

„Powróćmy na chwilę do problemu metody obliczania kosztów funkcjonowania elektrowni wiatrowych. Mając na względzie ich niestabilną pracę, narzuca się pytanie: kto płaci za postojowe elektrowni buforowych kiedy zawieje wiatr. Otóż, kosztami przestoju lub pracy poniżej mocy optymalnej, obciążane są elektrownie konwencjonalne a powinny elektrownie wiatrowe. Gdyby nie farmy wiatrowe, elektrownie buforowe nie byłyby buforowymi tylko normalnymi elektrowniami pracującymi w reżimie ciągłym. Wtedy ich koszty jednostkowe byłyby znacznie niższe. Żeby obliczyć faktyczny koszt energii elektrycznej pochodzącej z wiatraków, należałoby zbudować model systemu elektroenergetycznego składającego się wyłącznie z elektrowni konwencjonalnych i zasymulować jego pracę z zadaną mocą i wolumenem produkcji energii elektrycznej. Następnie na identycznych parametrach zasymulować pracę systemu składającego się z elektrowni konwencjonalnych i wiatrowych. Różnicę w kosztach produkcji energii obu systemów należy przypisać elektrowniom wiatrowym, ponieważ one przyczyniły się do różnicy kosztów. Takie ćwiczenie zostało przeprowadzone przez Fraundhofer Institute z Monahium. Symulacja wykazała, że energia wiatrowa jest czterokrotnie droższa od konwencjonalnej.” [1]

Dlaczego za przestój z winy wiatraków, płacą elektrownie konwencjonalne?

Zasadniczym argumentem często używanym przez zwolenników wiatraków jest powoływanie się na efekt „ograniczenia emisji dwutlenku węgla”. Przedstawiane jest to w ten sposób, że dzięki pracy elektrowni wiatrowej nie będzie potrzeby spalania węgla w elektrowni konwencjonalnej. W ten sposób ma następować redukcja emisji CO2. Jednak całe to rozumowanie jest błędne, gdyż pomija milczeniem wielkość emisji CO2 niezbędnej do tego, by wyprodukować wszystkie elementy elektrowni wiatrowej. Całkowity bilans emisji dwutlenku węgla zużytego do produkcji masztu elektrowni wiatrowej, jej turbiny, śmigieł, a nawet fundamentów zalewanych betonem uzbrojonym w stal, pokazuje, że nie ma mowy o jakiejkolwiek redukcji emisji dwutlenku węgla. Marzec pisze o tym tak:

„Aby w pełni ocenić wielkość emisji CO2 przy produkcji energii elektrycznej, należy zastosować rachunek ciągniony, który uwzględnia także emisję dwutlenku węgla przy produkcji wiatraków ze szczególnym uwzględnieniem fundamentów składających się z setek ton betonu i stali, całego procesu ich posadowienia wraz z budową dróg dojazdowych, budową instalacji elektrycznej (okablowaniem) łączącej elektrownie wiatrowe z systemem elektroenergetycznym. Do tego dochodzi problem z przesyłaniem energii ponieważ wiatraki co do zasady są zlokalizowane w najbardziej wietrznych rejonach nadmorskich. Taki problem wystąpił w Niemczech, gdzie system nie jest w stanie przesłać energii z północy kraju na południe. Niemcy muszą korzystać z systemów przesyłowych swoich sąsiadów. W dłuższej perspektywie będą zmuszeni do wydatkowania znacznych nakładów na przebudowę przesyłowego. Na podstawie danych niemieckiego urzędu statystycznego, obliczono stosując rachunek ciągniony, że zużycie energii związanej z budową i eksploatacją elektrowni wiatrowej w Niemczech jest równe ilości energii wytworzonej przez nią ciągu całego okresu jej eksploatacji. Inaczej mówiąc, ilość dwutlenku węgla zaoszczędzona przez wiatrak w ciągu swojego całego życia technologicznego jest równa ilości dwutlenku węgla wyemitowanego podczas produkcji i instalacji tego wiatraka wraz z towarzyszącą infrastrukturą. Gdyby jednak do produkcji wiatraków używać energii elektrycznej pochodzącej wyłącznie z wiatraków, osiągnęlibyśmy efekt układu zamkniętego. Wiatrak przez cały cykl życia technologicznego pracowałby wyłącznie na potrzeby nowego wiatraka, który zastąpi swojego poprzednika po wycofaniu go z eksploatacji. Zatem wzrost produkcji wiatraków (o co nieustannie zabiegają zieloni aktywiści) musi się odbyć poprzez zwiększenie podaży energii elektrycznej niezbędnej przy produkcji tych wiatraków. A ponieważ wolumen produkcji energii elektrycznej z obecnie eksploatowanych wiatraków wystarcza na ich odtworzenie, dodatkowa jego ilość musi pochodzić z elektrowni konwencjonalnych. Wzrost liczby elektrowni wiatrowych pociąga za sobą wzrost emisji dwutlenku węgla do atmosfery.”

 

[Nasz komentarz] Publikacja Bogusława Marca stanowi dobre podsumowanie dużej części tematyki poruszanej od lat na naszym portalu. Nasi czytelnicy znają te kwestie od dłuższego czasu, gdyż szczegółowo je omawiamy przy okazji kolejnych publikacji. Jednak wiedza ta wciąż pozostaje niedostępna dla aktualnie rządzących polityków odpowiedzialnych za energetykę i środowisko. Jest to dla nas rzecz całkowicie niezrozumiała i świadczy o oderwaniu klasy politycznej od realiów funkcjonowania gospodarki oraz energetyki.

Promowane przez unijne instytucje technologie OZE (energetyka wiatrowa, panele fotowoltaiczne, spalanie biomasy) nie rozwiązują żadnych problemów współczesnego świata, ze szczególnym uwzględnieniem klimatu, za to generują kolejne problemy. Absurdem jest pogląd, że człowiek ze swoją technologią jest w stanie wpływać na tak skomplikowane zjawisko, jakim jest ziemski klimat. Prawdziwość tego stwierdzenia widać znacznie lepiej, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że człowiek nie jest w stanie w żaden wpływać na aktywność naszej jedynej gwiazdy, czyli Słońca. A przecież to właśnie do Słońca i jego aktywności zależy funkcjonowanie ziemskiego klimatu. Reszta jest zaledwie niewielkim dodatkiem do zasadniczego źródła energii w Układzie Słonecznym.

Dlatego też, wbrew klimatycznym histerykom i czarownikom, którzy za wszelką cenę próbują zmuszać ludzkość do rezygnacji z paliw kopalnych, mówimy, że OZE to ślepa uliczka rozwoju energetyki i bez energetyki konwencjonalnej nie ma dalszego rozwoju cywilizacyjnego. Natomiast walka z dwutlenkiem węgla oraz z samym węglem jest powodowana zupełnie innymi względami, o których też już pisaliśmy m.in. w publikacji pt. „Czy limity uprawnień do emisji CO2 staną się nową walutą światową zamiast amerykańskiego dolara?” [2] Nie dajmy się zwariować.

Sadźmy lasy, rozbierajmy wiatraki

Redakcja stopwiatrakom.eu

Źródło:

[1] https://www.cire.pl/item,183573,2,0,0,0,0,0,odnawialne-zrodla-energii.html

[2] http://stopwiatrakom.eu/aktualnosci/2669-czy-limity-uprawnie%C5%84-do-emisji-co2-stan%C4%85-si%C4%99-now%C4%85-walut%C4%85-%C5%9Bwiatow%C4%85-zamiast-ameryka%C5%84skiego-dolara.html


Źródło: stopwiatrakom.eu


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(11 głosów)



alexjones.pl Ekologia i środowisko Skoro tak zwane „odnawialne źródła energii” nie redukują emisji dwutlenku węgla do atmosfery, to po co je w ogóle stosować?