Font Size

Czcionka
alexjones.pl Inne Historia Kto kontroluje przeszłość
Kategoria: Historia   Sobota, 04 lipiec 2015 12:06 Autor: admin

Kto kontroluje przeszłość

Kto kontroluje przeszłość foto: Muu-karhu/Wikimedia Commons/CC

Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość.(George Orwell, „Rok 1984”)

Polska prawica odrobiła lekcję płynącą z lektury „Roku 1984” Orwella. Tak jak przedstawiony przez pisarza totalitarna machina chce kontrolować i kształtować pamięć historyczną. Usuwa niewygodne postaci z pamięci społeczeństwa niczym Orwellowskie Ministerstwo Prawdy. Jej ideologiczne szaleństwo rośnie, a fałszowanie historii jest elementem szerszego planu politycznego, mającego wyeliminować lewicę z debaty publicznej i pozbawić ją jakiejkolwiek tradycji.

Wojna z patronami ulic

Ostatnim aktem kampanii manipulacji jest atak PiSowskich radnych Warszawy na 30 patronów stołecznych ulic. Nie chodzi tu o usunięcie z nazw postaci skompromitowanych, lecz wyrzucenie z przestrzeni publicznej działaczy robotniczych takich jak Józef Ciszewski. Ten działacz PPS-Lewicy i radny Warszawy w latach 1916-1919 starał się na przykład ratować warszawskich robotników przed poborem do armii niemieckiej. Występował przeciwko wojnie oraz bronił najbiedniejszych mieszkańców miasta. W późniejszych latach był jednak członkiem Komunistycznej Partii Polski, a to wystarcza aby skazać go na potępienie. PiSowscy radni kontynuują tradycję radzieckich „historyków”, którzy skazali Ciszewskiego na zapomnienie po tym gdy został zamordowany przez NKWD podczas czystki w roku 1938.

Za niegodnego własnej ulicy radni PiS uznali także Teodora Duracza, innego działacza PPS-Lewicy, a następnie KPP. Jego winą była obrona oskarżonych w procesach politycznych w czasach II RP. Określono go mianem „sowieckiego agenta”. Bez znaczenia był fakt, że Duracz został zamordowany w roku 1943 przez gestapo za udział w ruchu oporu.

Ofiarami szaleństwa radnych z komisji nazewnictwa pod przewodnictwem radnej Olgi Johann padli również Dąbrowszczacy. PiSowscy politycy nie chcą aby jedna z ulic na warszawskiej Pradze Północ nosiła ich imię. Prawicowa manipulacja historią polega w tym przypadku na określeniu wszystkich polskich ochotników walczących w Hiszpanii mianem zwolenników Stalina, agentów NKWD i zbrodniarzy.

W swoim szaleństwie dekomunizatorzy nie zwracają nawet uwagi na zdanie mieszkańców. Większość warszawiaków zamieszkujących ulice mające zmienić patronów sprzeciwia się temu. Dotychczasowe nazwy stały się częścią lokalnej tradycji, nie są też wcale postrzegane jako kontrowersyjne. Nie bez znaczenia jest fakt, że to mieszkańcy poniosą koszty na przykład zmiany dokumentów.

Kolejnym problemem są pomniki. Politycy prawicy chcą usunąć z Warszawy obeliski przypominające o wyzwoleniu miasta 17 stycznia 1945 roku przez Wojsko Polskie oraz Armię Czerwoną. Lansują przy tym tezę o „dwóch okupantach”, zapominając, że gdyby nie ofiara złożona przez szeregowego żołnierza, a to jego upamiętniają „kontrowersyjne” pomniki, Polacy byliby niewolnikami niemieckiej „rasy panów”.

Ogromnym skandalem było zorganizowanie przez PiSowskiego wiceburmistrza dzielnicy Praga Północ spotkania z pseudo-historykiem Leszkiem Żebrowskim, człowiekiem nie mającym formalnego wykształcenia i manipulującego w swoich książkach faktami. Ten pseudo-historyczny wykład miał udowodnić tezę o „dwóch okupantach”.

Dekomunizacja nazw ulic i pomników staje się sposobem na zaistnienie w przestrzeni lokalnej polityków prawicy nie mających żadnych innych osiągnięć. Radna Johann pomimo wieloletniego zasiadania w Radzie Warszawy nie potrafi pochwalić się żadnymi sukcesami, więc wznieca ideologiczne wojny o pamięć historyczną. Nawet do niej nie ma kwalifikacji, ponieważ pracowała dotychczas nie jako historyk, lecz kurator.

Polityczna nagonka

Kolejnym celem ideologicznych wojen o pamięć jest mobilizowanie elektoratu. Prawica wykształciła całą sieć politycznie podporządkowanych organizacji kombatanckich, pseudo kombatanckich oraz inicjatyw „społecznych”. Różnego rodzaju związki weteranów AK czy NSZ, a także kampania „Goń z pomnika bolszewika” zachowują pozory oddolności i apolityczności. W rzeczywistości są powiązane z lokalnymi politykami PiS czy innych partii prawicowych, więc śmiało można je nazwać „organizacjami frontowymi” prawicy. Często otrzymują także wsparcie lokalnych samorządów w postaci sal na spotkania, różnorodnych rekonstrukcji „historycznych” oraz finansowania materiałów propagandowych.

Inicjatywy te mogą być wykorzystywane do politycznej nagonki na nieprawomyślnych. Jeśli tylko ktoś przypomni o zbrodniach tak zwanych „Żołnierzy wyklętych”, współpracy NSZ z nazistami czy innych niewygodnych faktach historycznych, jest od razu atakowany przez „oburzone społeczeństwo”. „Społeczeństwo” to stanowią oczywiście aktywiści wspomnianych organizacji. Wystarczy przytoczyć kłopoty jakie ma Joanna Senyszyn za wypowiedzi o „żołnierzach wyklętych”. Atak przypuszczono również na wójta gminy Wojsławice – Henryka Gołębiowskiego. Podczas obchodów 70 rocznicy pacyfikacji wsi Huta odważył się powiedzieć, iż dokonali jej żołnierze NSZ. Od razu zaatakowali go weterani tej formacji, twierdząc, że chodzi o „niezidentyfikowany oddział” i odpowiedzieli kontratakiem z oskarżeniami o „powielanie PRLowskiej propagandy”.

Tutaj widać jaką butę czują się środowiska „kombatanckie” i antykomuniści AD 2015. Mogą niemal bezkarnie zaszczuwać ludzi mówiących prawdę, ponieważ brakuje grup mających odwagę przeciwstawić się im. Publikacje historyczne krytykujące „Żołnierzy wyklętych” czy mit nieskazitelnej Armii Krajowej lub prezentujące również negatywne strony II RP należą dziś do rzadkości. Środowisko historyków zostało skutecznie zastraszone.

Podobną atmosferę tworzy się wobec „niewłaściwych” kombatantów, czy samorządowców przeciwstawiających się manipulacjom. Wiele zmanipulowanych publikacji, takich jak książki Leszka Żebrowskiego, staje się podstawą do kolejnych. Fałszerze historii tworzą sieć wzajemnego poparcia. Jeśli temat na przykład działań NSZ dociera do mediów od razu znajduje się kilku „dyżurnych” historyków przedstawiających laurkę tej formacji.

Ludzie walczący o prawdę są o wiele słabiej zorganizowani. Brakuje inicjatyw obrony historii przez fałszowaniem. Część tych, którzy oburzają się na obecny stan pozostaje bierna, z kolei różne organizacje społeczne o lewicowym charakterze zwykle uciekają od tematów historycznych, nie mówiąc o oportunistycznym milczeniu „lewicy” parlamentarnej.

Tworzenie „historii”

Ministerstwo Prawdy z „Roku 1984” poza usuwaniem niewygodnych postaci zajmowało się tworzeniem nowych państwowych bohaterów. Polska prawica nie zostaje w tyle za literackim wzorcem. Wykreowała całe pojecie „Żołnierzy wyklętych” będące wielką historyczną manipulacją. „Wyklęci” zaczęli pojawiać się w skrajnie prawicowych wydawnictwach w latach 90 zeszłego wieku. Stanowili raczej folklor i margines marginesu. Poza grupką pasjonatów – ekstremistów, nikt nie brał tego pojęcia na poważnie.

Zmieniło się to w momencie stworzenia Instytutu Pamięci Narodowej – finansowanej przez państwo instytucji, która w dużej mierze spełnia rolę Ministerstwa Prawdy Historycznej. Od roku 2009 Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych, będące pod dużym wpływem „organizacji frontowych” prawicy, zaczęło promować fałszywy termin.

W roku 2011 prawica przystąpiła do kolejnej ofensywy, gdy sejm ustanowił Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” jako święto państwowe. Nie spotkało się to z większym oporem sejmowej „lewicy”, która uznała to za wydarzenie mało istotne i przyzwyczaiła się do sytuacji w której „lewicy” wolno mniej.

Niestety okazało się, fałsz założycielski okazał się bardzo chwytliwy. Pojęcie stworzone na polityczne zapotrzebowanie, dziś stało się częścią oficjalnej historiografii. O „wyklętych” naucza się w szkołach, samorządy organizują upamiętniające ich obchody, a skrajna prawica zyskuje kolejne wydarzenia, podczas których może prezentować swoją ideologię. Doszło do tego iż „Wyklętych” myli się z podziemiem antyfaszystowskim, a na obchodach pojawia się nawet symbolika neofaszystowska i „rzymskie saluty”.

Dlaczego pojęcie „wyklętych” jest tak fałszywe i groźne? Po pierwsze dlatego, iż nigdy nie było jednolitej grupy „wyklętych”. Zaliczono do nich zarówno rotmistrza Witolda Pileckiego, czy generała Fieldorfa „Nila”, którzy nie walczyli zbrojnie z władzami PRL, jak i watażków takich jak Romuald Rajs „Bury”, dokonujących mordów i rabunków. Do zostania „wyklętym” wystarczy bycie represjonowanym w latach po II Wojnie Światowej.

Po drugie pojęcie to ma przesłonić pamięć o innych bohaterach tamtych czasów. Czy organizowane są dziś oficjalne uroczystości na cześć ludzi społecznie odbudowujących Warszawę i inne miasta ze zniszczeń wojennych? Czy doczekaliśmy się „Narodowego Dnia Pamięci Odbudowy Polski”? Nie, ten niewygodny fakt ma zostać zapomniany. W latach stalinizmu Polacy albo walczyli z bronią w ręku z reżimem, albo byli współpracującymi z nim zdrajcami, innej opcji nie ma, a przynajmniej tak mówi oficjalna historiografia.

Pojawiające się przy okazji kultu „wyklętych” gloryfikowanie NSZ prowadzi też do sytuacji, w której zaczyna ona przyćmiewać inne odłamy ruchu oporu w czasie II Wojny Światowej, nawet Armię Krajową. Na przykład w Muzeum Powstania Warszawskiego prowadzona jest polityka historyczna polegająca na eksponowaniu zbrodni okresu stalinowskiego oraz kreowania NSZ na drugą siłę w Powstaniu. Działalność socjalistów czy syndykalistów przedstawiono tylko od strony wojskowej. Nawet w wywiadach z kombatantami przedstawiciele oddziałów lewicowych są opisani po prostu jako Akowcy. Kombatanci AL czy PAL nie doczekali się niemal żadnego upamiętnienia. Brak jakiejkolwiek informacji o kwestiach politycznych oraz sporach w łonie ruchu oporu.

Czas na opór

Prawica wprowadziła ideologię do debaty o historii w dużej mierze dlatego iż nie napotkała oporu. Przedstawiała, całkowicie bezkarnie, coraz bardziej skrajne i fałszywe wizje jako prawdy objawione. Niegdyś debatowanie nad sensem przyłączenia się Polski do Hitlera byłoby uznane za wyraz ekstremistycznego szaleństwa, dziś jest to po prostu kolejna „kontrowersyjna” teza przenikająca do mainstreamu. Podobnie z tezą, iż w latach 1944-1945 jeden wróg zastąpił drugiego. Ta teza nie jest już nawet uznawana za kontrowersyjną, a postarali się o to politycy historyczni pokroju Leszka Żebrowskiego.

Jeśli chcemy powstrzymać ten trend oraz odzyskać prawdę historyczną, prawdę w której jest miejsce na tradycje różnych ruchów społecznej lewicy, musimy podjąć walkę. Odpowiedzią na inicjatywy przeciwnika powinny być własne, rzeczywiście oddolne działania, na przykład organizowany wspólnie z mieszkańcami sprzeciw wobec zmiany nazw ulic. Powinniśmy również tworzyć własne publikacje oraz różnego rodzaju środki przenikające również do pop kultury – związane z ruchem robotniczym wlepki, koszulki, bluzy i tym podobne.

Warto również bronić ludzi pomawianych przez prawicę za to, iż odważyli się powiedzieć prawdę o historii. Postarajmy się też docenić kombatantów organizacji lewicowych. Są zapomniani, więc tym bardziej warto kontaktować się z nimi w ramach inicjatyw społecznych. To również apel do czytelników – poszukajcie w swojej okolicy takich ludzi, przeprowadźcie z nimi rozmowy, zakładajcie profile na forach społecznościowych, spisujcie ich wspomnienia.

Walka o pamięć historyczną to również walka o legitymizację lewicy, zachowanie jej tradycji, które władze skazują na zapomnienie.

*                         *                           *

Komentarz internautki „Nana”. Ciekawe co sądzą gajówkowicze…

Po drugie, to ludzie sami tworzą swoją rzeczywistość, choć każdy ma inne motywy. Mogło by być także i po trzecie i następne, ale po co?

Przytaczanie czegoś, co jakiś Orłel powiedział automatycznie programuje mózg człowieka. Każda wpuszczona do pamięci RAM i potem do ROM informacja to algorytm, według którego mózg kojarzący pewne wiadomości będzie działał. Więc choć człowiek twierdzi, że jakiś Orłel coś tam powiedział i teraz to tak właśnie jest i Orłel to był taaaaki mądry, to człowiek robi sobie krzywdę. Człowiek warunkuje się na to, co napisał Orłel i następne – a podobne jakościowo informacje – gromadzi w katalogu „Orłel”. Czyli nie kontroluje ich samodzielnie, ale poprzez algorytmy niejakiego Orłela. A pies z nim tańcował.

Dla nas nie jest ważne, co jakieś Orłele kiedyś tam napisały, dla nas ważna jest RZECZYWISTOŚĆ.
By ją rozpoznać, można owszem, znać tezy niejakiego Orłela, ale nie wolno ich traktować jako sita segregującego wchodzące informacje.

Sitem takim powinien być Dekalog w swojej podstawowej formie. Wszystko poza tym to tzw. ścięta fikcja zwana z angielska sajensem fikszynem.

Oni, wrogowie ludzkości, bardzo liczą na to, że ludzie nie będą w stanie samodzielnie wytwarzać własnych algorytmów i tym samym nie będą w stanie rozwijać własnej osobowości, lecz że ludzie będą przyporządkowywać się do sztucznego, narzuconego im z zewnątrz zdania. I to ma miejsce obecnie. Od razu wyjaśnia, że nie wiem, skąd to wiem, ale właśnie tak jest. Co każdy widzi, choć nie zdaje sobie z tego sprawy.

Nie ma więc znaczenia żaden ipeen. Nie ma znaczenia to, że banda pomyleńców chce NARZUCIĆ LUDZIOM FAŁSZOWANIE HISTORII. Ważne jest, czy ludzie na te fałszerstwa pójdą, czy też bronić będą prawdy uznawanej przez samych siebie dzięki wytworzeniu we własnych mózgach algorytmów pozwalających im samodzielnie myśleć i podejmować niezależne decyzje.

Dla mnie na przykład nie jest ważne, co napisał Orłel czy co napisał Ciszewski. Dla mnie ważne jest, co z tej pisaniny mój mózg na podstawie moich własnych algorytmów wyciągnął jako wnioski. Czyli niejaki Orłel plus Ciszewski równa się moje osobiste zdanie. Nie realizuję przy tym ani oczekiwań niejakiego Orłela i wydawców jego książek i nie realizuję sugestii Ciszewskiego. Daję szansę mojemu mózgowi wytworzyć własny, niezależny obraz. I być może będzie on w niektórym momentach zbieżny z tym, co napisał Orłel czy Ciszewski, ale ostatnią linijkę kodu piszę ja sama. Swoją własną. I zostawiam sobie możliwość całkowitego odrzucenia zarówno Orłela jak i Ciszewskiego.

Dlaczego mogę to zrobić?

Mogę to zrobić, ponieważ jestem świadoma posiadania własnego, odrębnego mózgu. I choć jestem kolektywnie połączona z całą ludzkością, to jednak moim zadaniem jest generować nowe, moje, autorskie ścieżki kodu by coś wnieść do ogólnej puli kolektywnej wiedzy. Powielanie cudzych myśli stosując w mózgu opcje „kopiuj” i „wklej” nic nie wnosi do rozwoju ludzkości. Moim zadaniem i zadaniem każdego myślącego człowieka jest zbadać możliwości i szukać optimum. Błędy i poprawki pożądane i robione na własny rachunek.

Nie chodzi przecież o to, żeby się ustawić pod prąd i wiosłować jak opętaniec, ale chodzi o to, żeby wykorzystać potencjał, w jaki każdego wyposażył Bóg. Należy zbadać swoją rolę w społeczeństwie i nie pozwolić się osobom z zewnątrz zredukować do roli fabryki gówna: jem pachnące – wydalam śmierdzące.

Ludzie zatracili poczucie swojego Ducha, pozwolili demonom na to, żeby pełnić dla nich rolę dostarczycieli energii jedynie zjadając i wydalając.

Człowiek to coś zdecydowanie więcej niż jama ustna, żołądek i jelita zakończone odbytem. A poprzez wpędzenie ludzi w biedę tak właśnie ludzie siebie postrzegają – zarobić kasę i się najeść. Ważne, nie powiem, ale nie najważniejsze.

Tych, co mają jednak czelność choćby zastanowić się nad płaszczyzną duchową dyżurni kaznodzieje pacyfikują przyporządkowując ich do panującej religii, a gdy od dogmatów odstają piętnuje się ich jako sektę. Wszelkimi środkami tak, by inni nawet tego nie śmieli próbować, a najlepiej, żeby się bali zejść z wyznaczonej przez kaznodziejów ścieżki.

Więc nie jest tu winien żaden ipeen, żaden żyd czy inny katolicki ksiądz. Winien jest człowiek, że zgodził się dobrowolnie na bycie bezwolną szmatą przeznaczoną do utylizacji.

Nic nie pomoże dawanie ludziom wspaniałych perspektyw, podpowiadanie im recept na dobre życie. Dopóki człowiek nie będzie chciał sam z siebie wstać z klęczek, dopóki człowiek sam z siebie nie będzie chciał rozpoznać oszustwa, jakiego ofiarą pada, nie pomoże nic.

Nie można się za kogoś napić, najeść ani wyspać; nawet nie da się za kogoś wysikać, a co dopiero przeżyć życie.

Każdy, czy mu się to podoba – czy nie, czy jest tego świadom – czy nie, żyje i na własne ryzyko i na własny rachunek.

Teoretyczne cedowanie odpowiedzialności za siebie na inne osoby w praktyce nie działa. Powoduje to tylko, że ci inni uzyskują nad nami władzę, ale za nasze życie odpowiedzialności przejąć oni nie mogą. W związku z czym nawet za bierność to my sami ponosimy odpowiedzialność i konsekwencje.

Po prostu nic nie da czekanie na zbawiciela. Człowiek albo jest w stanie powstać i zbawić się sam, albo będzie przemielony przez demonie młyny i i tak na niego, człowieka, spadnie wynik jego, człowieka działania. Zaniechanie działania też jest działaniem, nie oszukujmy się w tej materii, bo to nic nie daje.

Jeżeli jest wojna i ja się jej przyglądam rzekomo biernie, to ja w niej tak naprawdę też uczestniczę, bo będę – czy mi się to podoba czy nie – ponosić jej konsekwencje pośrednio bądź bezpośrednio. Ale nie ucieknę nigdzie przed nimi.

Ludzie wolą zatracić własną tożsamość niż stawić czoła złu. Oczywiście, demony o tym wiedzą i dlatego ludzi zastraszają. Na przykład poprzez „filmy kryminalne”. My wiem co prawda, że to film, ale jednocześnie uzyskujemy wiedzę, że jest możliwe takie wydarzenie jak gwałt, dowiadujemy się też w jaki sposób on się może odbyć. Tak samo ma się rzecz z morderstwami – nagle widzimy, w jaki sposób człowiek może być zabity, czego przed obejrzeniem takiego filmu nie wiedzieliśmy. I to jest ta szatańska sztuczka demonów. Bo choć mamy nadzieję, że nam się to nie wydarzy, to jednak wiemy, co mogło by się wydarzyć, bo to właśnie na filmie widzieliśmy. Czyli mamy wgrany program na temat dokonywania morderstw i gwałtów. I to zostaje w naszej pamięci ROM. Potem podobne okoliczności faktyczne powodują skojarzenia – jako że mózg to wielki analizator – nabyte w trakcie oglądania filmu i my, chcąc uniknąć takiego zdarzenia jesteśmy skłonni zrezygnować ze swojej suwerenności jako ludzka jednostka i podporządkować się jakiejś sile nadrzędnej, co do której mamy nadzieję, że pełni ona funkcje ochronne. Albo powodowani strachem robimy się „mali” i „bezbronni” w nadziei na to, że oprawca nas oszczędzi. Życie nam pokazuje nieustannie, że nikt nie będzie oszczędzony, jako że każdy musi ponosić samodzielnie i osobiście konsekwencje swojego postępowania.

Nie przypadkiem ów Orłel zyskał taki rozgłos. W sumie nie napisał on nic ciekawego. Nic, co wzniosło by ludzkość na wyższy poziom rozwoju. A jednak ludzie się na tego owego Orłela powołują traktując go w dodatku jak autorytet.

Na Boga! dlaczego?!?

 

Źródło: jeznach.neon24.pl


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(2 głosów)



Jeśli chcesz skomentować, ale nie używasz portali społecznościowych, możesz użyć naszego niezależnego systemu komentarzy.
Żeby to było możliwe, należy musisz mieć w naszym portalu zarejestrowane i aktywowane konto użytkownika, a także musisz być zalogowany. Rejestracja trwa chwilę i jest bezpłatna.
Rejestracja w portalu
Logowanie
Ostatnio zmieniany Sobota, 04 lipiec 2015 17:52
alexjones.pl Inne Historia Kto kontroluje przeszłość