Font Size

Czcionka
Kategoria: Kultura   Wtorek, 13 sierpień 2019 18:09 Autor: Andreas

Zachód umierający ze smutku

 Michel Houllebecq Michel Houllebecq Wikimedia Commons CC BY-SA 3.0

Rzadko się zdarza, by literatura niosąca jakąś głębszą, do tego nie nazbyt optymistyczną refleksję o stanie cywilizacji trafiała na listy bestsellerów, i to w większości czytających krajów europejskich.

A tak właśnie jest z kolejnymi powieściami Michela Houllebecqa (na zdjęciu), którego najnowsza książka „Serotonina” święci kolejne triumfy sprzedażowe.

Czy za sukcesem francuskiego autora kryje się potrzeba diagnozy upadku, w którym pogrążyły się społeczeństwa zachodnie? A może to po prostu dobra, intrygująca literatura, niezależnie od przesłania, które można z niej wysnuć?

Po poprzedniej powieści „Uległość” (2016) Houllebecq stał się pisarzem interpretowanym politycznie, a wielu – przywołując przy tym także jego niepoprawne politycznie wypowiedzi publiczne – uznało go wręcz za islamofoba idącego w sukurs zachodnioeuropejskiej antyimigranckiej prawicy.

Zresztą już dużo wcześniej, bo w 2001 roku, toczył się przeciwko niemu proces wytoczony przez wspólnotę muzułmańską we Francji. „Serotonina” jest znacznie mniej polityczna, choć znajdziemy w niej też refleksje na ten temat. I właśnie na nich, a także na opisie pewnych problemów cywilizacyjnych warto się zatrzymać, ocenę pozostałych walorów powieści Francuza pozostawiając wprawnym krytykom literackim.

Książki Michela Houellebecqa są konsekwentnym przedstawieniem upadku cywilizacji Zachodu, jej zmierzchu, który – zdaniem pisarza – wydaje się być nieuchronny. Widoczny jest u niego swoisty cywilizacyjny, historiozoficzny determinizm; nie stara się poszukiwać dróg wyjścia z kryzysu, lecz po prostu ilustruje jego przebieg, przy czym robi to bez katastroficznych wizji, raczej koncentrując się na sprawach małych, codziennych, otaczających jednostkę.

Stan ducha jednostki – narratora jest odzwierciedleniem stanu Zachodu, mieszaniny zagubienia, fatalizmu i depresji. Francuski pisarz nie jest przecież Oswaldem Spenglerem ani nawet Alainem de Benoist, tylko autorem prozy.

Nie musi zatem analizować globalnych procesów, wystarczy, że przygląda się ludzkiej duszy. Niby pisze przede wszystkim o męskim kryzysie wieku średniego, ale na dobrą sprawę przedstawia ten wiek, jako etap zapowiedzi starczego uwiądu, a w końcu śmierci. Jak stwierdził pisarz, Europa „umiera ze znużenia, przejedzenia i obrzydzenia do samej siebie”; podobnie rzecz się ma z bohaterem jego najnowszej powieści Florentem-Claudem Labrouste, 46-letnim urzędnikiem kontraktowym francuskiego ministerstwa rolnictwa.

Modelowym przypadkiem upadku starego ładu społeczno-ekonomicznego, który posłużył Houellebecqowi w „Serotoninie” jest los niegdyś tak silnego i cieszącego się dobrą sławą francuskiego rolnictwa. Na marginesie, podkreślić trzeba, że powieściowy Florent-Claude jest – jak to zazwyczaj bywa w powieściach pisarza – w pewnym stopniu alter ego autora; to absolwent agronomii, podobnie jak swego czasu sam pisarz związany z resortem rolnictwa. Zwraca więc uwagę na skutki globalizacji (np. import modyfikowanej genetycznie żywności z Ameryki Południowej), ale przede wszystkim na efekty Wspólnej Polityki Rolnej (likwidowane kwoty mleczne, wprowadzane normy i standardy, liberalizacja handlu).

Ubolewa nad upadkiem tradycyjnego rolnictwa rodzinnego: „…intensywne rolnictwo oparte na gospodarstwach wielkopowierzchniowych i maksymalizacji wydajności z hektara oraz przemysł rolno-spożywczy oparty na eksporcie i oddzieleniu rolnictwa od hodowli stanowią dokładne przeciwieństwo tego, co powinno się robić, jeśli chcemy osiągnąć zrównoważony rozwój; powinniśmy stawiać na jakość, produkować lokalnie i spożywać lokalnie, a także chronić glebę i wody gruntowe, wracając do płodozmianu i nawozów pochodzenia zwierzęcego” (s. 103). Francuska prowincja protestuje w powieści przeciwko nieodwracalnemu – zdaje się – przeformatowaniu polityki rolnej Francji pod wpływem likwidacji barier celnych i wymogów unijnych.

Porzucając dotychczasowe życie Florent-Claude udaje się do Normandii, gdzie odwiedza swego przyjaciela z lat studenckich, pochodzącego ze starej arystokracji farmera Aymerica d’Harcourt-Olonde’a. Normandzki rolnik znajduje się w głębokiej depresji i pogrąża w alkoholizmie, przy czym rozpad jego rodziny jest tylko jedną z przyczyn tego stanu; wydaje się wręcz, że praźródłem nieszczęścia jest perspektywa bankructwa jego hodowli krów z powodu stopniowej likwidacji kwot mlecznych, szczególnie po kolejnych rozszerzeniach UE i pojawieniu się tańszej konkurencji.

Normandzcy rolnicy powoli zmuszeni są do wyprzedawania należącej do ich rodzin od wieków ziemi, głównie inwestorom zagranicznym – autor wspomina o Holendrach, Belgach, lecz także coraz liczniej pojawiających się Chińczykach. Wszystko to prowadzi do bardzo ostrych protestów rolniczych, polegających na blokadach dróg, a nawet zbrojnych potyczkach ze specjalnymi oddziałami służb mundurowych, których świadkiem – w tym jednej o tragicznym finale – staje się snujący się po Normandii bohater „Serotoniny”.

Znakomite i pełne rozpaczy są dialogi prowadzone przez normandzkich rolników: „Widzisz, czasami jakaś fabryka zostaje zamknięta, dokonuje się delokalizacji części produkcji, zwalniając, powiedzmy, siedemdziesięciu robotników, na BFM pokażą reportaż, robotnicy zorganizują pikietę strajkową, spalą opony, przyjedzie jeden czy dwóch lokalnych polityków, przez chwilę będzie się o tym mówić w mediach, bo to ciekawy temat, interesująca pożywka wizualna, podobnie jak hutnictwo czy ekskluzywna damska bielizna, źródło dobrych obrazów telewizyjnych. W tym akurat przypadku mamy do czynienia z setkami rolników, którzy rok w rok bankrutują” (s. 235-236).

Protest wydaje się beznadziejny, a zmiażdżenie rolników przez nadciągający walec globalnego neoliberalizmu nieuchronne. Zdaje sobie z tego sprawę główny bohater – narrator, który wspomina czasy pracy we francuskiej administracji: „Wracając myślami do swojej przeszłości zawodowej, do lat swojego życia zawodowego, zdałem sobie sprawę, że faktycznie byłem zawsze konfrontowany z dziwacznymi przesądami kastowymi. Moi rozmówcy nigdy nie walczyli ani o swoje interesy, ani nawet o interesy, o które, jak można by sądzić, walczyć powinni; takie rozumowanie byłoby błędne: oni walczyli o pewne ideały, całymi latami miałem do czynienia z ludźmi gotowymi polec w walce o wolny handel” (s. 237).

Houllebecq zauważa zatem istnienie świeckiej, kapitalistycznej religii opartej na fetyszyzacji deregulacji i wolnego rynku. Dokonany przez niego opis rolniczych protestów i ich brutalnego tłumienia sprawił, że uznano go w niektórych recenzjach za swego rodzaju proroka, który przepowiedział pojawienie się tzw. żółtych kamizelek pod koniec 2018 roku. Jest to jednak pewne nadużycie, zważywszy, że francuska prowincja, szczególnie ta rolnicza, buntowała się już dużo wcześniej, choćby pod sztandarami Konfederacji Chłopskiej, związku przypominającego radykalizmem swoich działań wczesną polską Samoobronę.

Rozpad cywilizacji przejawia się w najnowszej powieści Houellebecqa nie tylko w degradacji francuskiej prowincji i tradycyjnego rolnictwa. Ma też, a może przede wszystkim, miejsce na poziomie całkowitego rozpadu więzi społecznych, totalnej i wszechogarniającej samotności jednostki, pozbawionej jakiegokolwiek wsparcia emocjonalnego i więzi rodzinnych. W takiej samotności zatopiony jest Florent-Claude, który dokonuje bilansu swojego życia emocjonalnego, zauważając, że nigdy w zasadzie nie był w stanie zdobyć się na założenie rodziny i zbudowanie czegoś trwałego.

Rozpamiętuje swoje minione, zakończone nieszczęśliwie związki i pogrąża się w coraz głębszych odmętach depresji, z której ratunkiem mają być antydepresanty i alkohol. W końcu jednak nie pomagają i one, a od lekarza bohater słyszy mrożącą krew w żyłach diagnozę: „Wydaje mi się, że umiera pan ze smutku” (s. 303). „Jest pan zestresowany, jest pan wręcz koszmarnie zestresowany, jakby pan przeżywał burnout w bezruchu, jakby się pan spalał od wewnątrz” (s. 306) – ciągnie swą diagnozę medyk, a czytelnik może mieć przed oczyma neurotyczną cywilizację Zachodu.

Czy Houllebecq widzi jakąkolwiek nadzieję dla tonącego Labrouste’a? Tak, chwilami odnajdujemy, niejako między wierszami, pewne jej przebłyski. „Perspektywa szczęścia winna istnieć choćby w charakterze przynęty” (s. 173) – stwierdza w którymś momencie narrator.

Zaś na ostatniej stronie powieści znajdujemy zdanie, które niektórzy uznali za apel pisarza o powrót do chrześcijaństwa: „W rzeczywistości Bóg się nami zajmuje, myśli o nas w każdej sekundzie i daje nam niekiedy bardzo precyzyjne wskazówki. Te przypływy miłości, które zalewają nam piersi i odbierają dech, te iluminacje, ekstazy – niewytłumaczalne, uwzględniwszy naszą biologiczną naturę, nasz status naczelnych – to niezwykle jasne znaki” (s. 334).

Wszystko to może sprawiać wrażenie, że Michel Houllebecq szuka dróg wyjścia z cywilizacyjnego i aksjologicznego upadku w pewnym powrocie do wartości tradycyjnych, zdawałoby się minionych. „Może nie byłoby fałszem uznanie mnie za konserwatystę w szerokim tego słowa znaczeniu, w tym sensie, że nie lubię zmieniać rzeczy, które jeszcze całkiem nieźle działają. W konserwatyzm jest też wpisany pewien rodzaj pesymizmu, dostrzeganie zagrożeń, czyli to, co sam w sobie obserwuję” – stwierdził w jednym z wywiadów.

Jest też wyznawcą antropologicznego pesymizmu, czy – jak kto woli – realizmu: „Wiele cech, z którymi współcześni ideolodzy społeczni chcą walczyć, jak skłonność do przemocy i agresji, dyskryminowanie słabszych, uleganie nałogom, są wpisane w egzystencję człowieka jako gatunku. Nie zmienimy człowieka” – mówił.

Sukces komercyjny „Serotoniny” już stał się bezspornym faktem. Stało się to bez szczególnej promocji, wywiadów, czy spotkań autorskich. Można wręcz stwierdzić, że wszystko to dzieje się, pomimo kontrowersyjnych z punktu widzenia głównego nurtu twierdzeń autora.

Jedną z niewielu jego publicznych wypowiedzi w ostatnim czasie był artykuł zamieszczony w styczniowym wydaniu amerykańskiego miesięcznika „Harper’s Magazine”. Niektórych zaszokował już sam tytuł tekstu: „Donald Trump jest dobrym prezydentem”. Dalej konsternacja środowisk poprawnych politycznie tylko rośnie. Warto chyba obszernie zacytować wypowiedzi pisarza dotyczące trzech podstawowych wątków.

Po pierwsze, wyraża niekłamaną satysfakcję z rosnącego izolacjonizmu Stanów Zjednoczonych, których hegemoniczną rolę uznaje twardo za destruktywną dla reszty świata. „Stany Zjednoczone nie są już siłą przewodzącą światu. Były nią przez dłuższy czas, prawie przez cały wiek XX, ale już nią nie są. Są siłą ważną, ale jedną z wielu. Nie jest to wcale wiadomość zła dla Amerykanów. Jest to wiadomość bardzo dobra dla reszty świata” – pisze Houlllebecq.

„W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat ich interwencje zbrojne, oficjalne i utajnione, były jednym ciągiem hańby kończącej się porażkami” – zauważa, by po chwili nieco na wyrost stwierdzić, że „Trump kontynuuje i wzmacnia zapoczątkowaną przez Obamę politykę niezaangażowania; to bardzo dobrze dla reszty świata. Amerykanie przestają śledzić nas za plecami. Amerykanie w końcu pozwalają nam żyć”. [Hmmmm…. – admin]

Francja po raz ostatni zachowała się racjonalnie w polityce międzynarodowej, gdy prezydent Jacques Chirac odmówił wsparcia proamerykańskiej koalicji dokonującej w 2003 roku agresji na Irak. Francuski pisarz wyraźnie nawiązuje do tradycji gaullizmu, ostatniego jego zdaniem okresu, gdy republika utrzymywała status suwerennego państwa.

Ma też wyraźnie dość wojen prowadzonych przez kolejne administracje amerykańskie w imię obrony czy też szerzenia demokracji; nie bez dozy realizmu uznaje, że jedynym współcześnie państwem stosującym istotnie demokratyczne rozwiązania ustrojowe jest Szwajcaria. Francja, według niego, powinna bezwzględnie opuścić NATO, przy czym wymagania stawiane jego członkom przez obecnego amerykańskiego prezydenta mogą same w sobie doprowadzić do likwidacji Sojuszu, co pisarz uznaje za jednoznacznie korzystne rozwiązanie.

Przystępuje też Houllebecq do frontalnej krytyki Unii Europejskiej, widocznej przecież na kartach jego książek, w tym szczególnie najnowszej. „Francja będzie całkowicie niezależna, jak tylko Unia Europejska zostanie rozwiązana (im szybciej, tym lepiej)” – twierdzi stanowczo.

„Mam przekonanie, że my w Europie nie mamy jednego wspólnego języka, wspólnych wartości, ani wspólnych interesów; słowem, że Europa nie istnieje i nigdy nie stworzy jednego narodu ani nie pozwoli na demokrację (w etymologicznym rozumieniu tego słowa), po prostu dlatego, że nie będzie tego narodu. Krótko mówiąc, Europa jest po prostu głupim pomysłem, który stopniowo przekształcił się w koszmar, z jakiego w końcu się przebudzimy” – ciągnie dalej.

Tak jednoznaczne odrzucenie integracji europejskiej w obecnym kształcie przez najbardziej poczytnego ze współczesnych francuskich powieściopisarzy, wzbudziło zapewne taką grozę na europejskich salonach, że jego tekst przeszedł na Starym Kontynencie praktycznie bez echa.

Ostatni wątek analizowanego tekstu w „Harper’s Magazine” jest dla głównego nurtu równie trudny do zaakceptowania, bo w sumie stanowi apologię Rosji, jako kraju tradycji zachowanych dzięki prawosławiu. „Podziwiam trwałość prawosławia na jej (Rosji – przyp. MP) ziemiach; myślę, że rzymski katolicyzm zrobiłby dobrze czerpiąc z niego inspirację, sądzę, że ‘dialog ekumeniczny’ powinien być z wzajemną korzyścią ograniczony do dialogu z Cerkwią Prawosławną (…). Jestem boleśnie świadomy tego, że Wielka Schizma z 1054 roku była dla chrześcijańskiej Europy początkiem końca, ale z drugiej strony uważam, że ten koniec nie jest nigdy przesądzony, dopóki nie nastąpi” – pisze Houellebecq, a jednocześnie chwali obecnego lokatora Białego Domu za deklarowaną przez niego gotowość do dialogu z Władimirem Putinem.

Stawiając kropkę nad „i” w manifestacji braku politycznej poprawności, autor „Serotoniny” deklaruje: „Podobno prezydent Trump niedawno oznajmił: ‘Wiecie kim jestem? Jestem nacjonalistą!’. Ja też właśnie nim jestem. Nacjonaliści mogą ze sobą rozmawiać; dialog z internacjonalistami, rzecz ciekawa, nieszczególnie się udaje”.

Powstaje pytanie, na ile Michel Houlllebecq jest w stanie kształtować poglądy na współczesny świat czytającej części zachodnich społeczeństw? Wiele wskazuje na to, że jego postać już dziś zaliczana jest do panteonu francuskich intelektualistów – autorytetów kształtujących umysłowe trendy całkiem pokaźnej części społecznego spektrum.

W 2008 roku ukazał się zbiór jego korespondencji z najbardziej znanym przedstawicielem obozu neoliberalnego i globalistycznego we współczesnej Francji Bernardem-Henri Lévy zatytułowany „Wrogowie publiczni” (Michel Houllebecq, Bernard-Henri Lévy, Ennemis publics, Paris 2008), co już poprzez sam wybór partnera do dyskusji plasowało go wśród publicznych intelektualistów o największej sile oddziaływania.

Do tego pisarz stał się postacią o statusie celebryty; jego niedawne małżeństwo z pochodzącą z Chin wybranką stało się przedmiotem rozważań rubryk towarzyskich mediów głównego nurtu, pojawia się też coraz więcej filmów z jego udziałem jako aktora, obok znanych gwiazd francuskiego kina.

Do grona wpływowych intelektualistów – autorytetów, zbioru figur dość typowych dla życia umysłowego Francji o statusie przewodników kreślących intelektualne mody zaliczył go w jednej ze swoich ostatnich książek kontrowersyjny izraelski historyk Shlomo Sand (Shlomo Sand, La fin de l’intellectuel Français?, Paris 2016). Także w Polsce powieści, twórczość i postać Houllebecqa trafiają na łamy mediów głównego nurtu. Nie oznacza to wszakże, że wypowiedzi takie, jak powyższe z artykułu dla amerykańskiego miesięcznika, są znane szerszej rzeszy czytelników.

Najprawdopodobniej pomijane są celowo, by nie wywołać dysonansu poznawczego u tych, którzy nadal znajdują się pod wpływem kanonu politycznej poprawności. Sytuację mogłoby zapewne zmienić opublikowanie przez Michela Houllebecqa w jakiejkolwiek formie jego rozważań na tematy polityczne, metapolityczne i cywilizacyjne, swoistego traktatu poświęconego wyłącznie tej sferze. Wtedy jednak pojawiłoby się ryzyko, że medialny i kulturalny mainstream Zachodu przedstawiłby go jako znakomitego pisarza, który z jakichś niewyjaśnionych względów postradał zmysły.

Wracając do „Serotoniny”, jest to powieść godna polecenie bez wątpienia nie tylko ze względu na poglądy i refleksje ogólne jej autora. Czyta się ją po prostu dobrze, szczególnie w znakomitym przekładzie Beaty Geppert. Niektórzy, którym nie do końca przypadną do gustu refleksje historiozoficzne autora, uznają ją za najzwyczajniej w świecie wciągającą lekturę o miłości, życiu emocjonalnym wyższej klasy średniej, turystyce, ze szczególnym uwzględnieniem autentycznie istniejących miejsc we Francji, ale też w Hiszpanii. I na tym chyba polega siła, też komercyjna, pisarstwa Houllebecqa; każdy odnajdzie w nim coś dla siebie istotnego i zajmującego.

dr Mateusz Piskorski

Michel Houllebecq, „Serotonina”, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2019, ss. 335.
Fot. Wikipedia Commons
Myśl Polska, nr 33-34 (11-18.08.2019)

Źródło: mysl-polska.pl

 


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(2 głosów)



Ostatnio zmieniany Wtorek, 13 sierpień 2019 08:35