Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje z Polski Gospodarka polska Bilionowe zadłużenie
Kategoria: Gospodarka polska   Piątek, 25 październik 2013 21:48 Autor: admin

Bilionowe zadłużenie

Nie minął miesiąc od tragedii w Smoleńsku, a już władze polskiego państwa zmieniły stanowisko w sprawie elastycznej linii kredytowej. 30 kwietnia wiceminister finansów Ludwik Kotecki powiedział na konferencji prasowej:

Rząd opowiada się za wznowieniem dostępu do elastycznej linii kredytowej Międzynarodowego Funduszu Walutowego – choć podstawy polskiej gospodarki są zdrowe – po to, aby zapobiec realizacji w Polsce ewentualnych ryzyk wynikających z niestabilnej sytuacji w Grecji i kilku innych krajach Unii Europejskiej.

W odpowiedzi na stronie NBP ukazał się komunikat:

Zarząd NBP stoi na stanowisku, iż nie jest zasadne ponowne ubieganie się przez Polskę o udostępnienie przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy Elastycznej Linii Kredytowej. Zarząd może jednak poprzeć starania o linię, gdyby minister finansów uznał to za konieczne.

5 maja Jacek Rostowski ogłosił, że podtrzymuje swoje stanowisko, iż Polska będzie się ubiegać o odnowienie linii kredytowej. W odpowiedzi Witold Koziński ogłosił, że bank nie zmienia swojego stanowiska, ale deklaruje poparcie dla rządu, jeśli ten będzie chciał ubiegać się o FCL.

13 maja pełniący obowiązki prezydenta Bronisław Komorowski ogłosił na konferencji prasowej, że rozpoczyna konsultacje zmierzające do wyłonienia nowego prezesa NBP.

21 maja Sejm znowelizował ustawę o NBP, do której dodano przepisy o postępowaniu w razie śmierci szefa banku. Miał go wówczas powołać Sejm na wniosek prezydenta. Projekt ustawy poparło 377 posłów.

27 maja Bronisław Komorowski oficjalnie ogłosił, że kandydatem na szefa NBP jest profesor Marek Belka.

10 czerwca Sejm bezwzględną większością głosów wybrał Marka Belkę na stanowisko szefa NBP.

15 czerwca Marek Belka zmienił decyzję Sławomira Skrzypka i podpisał wniosek o FCL. Dokument podpisał również minister finansów Jacek Rostowski.

16 czerwca Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosił, że wniosek Polski zostanie rozpatrzony pozytywnie. Tego samego dnia portal Gazeta.pl podał, że Polska przeznaczy kwotę 115 miliardów złotych (ok. 37 mld dolarów) na ratowanie krajów strefy euro – głównie Grecji. Taką kwotę wyliczył nam bank Goldman Sachs, opierając się na wysokości zgromadzonych przez nas rezerw walutowych. Podzielmy 37 miliardów dolarów przez 38 milionów Polaków. Okazuje się, że każdy z nas wydał na ratowanie Grecji około 1000 dolarów. Tyle tylko, że nie każdy z 38 milionów Polaków pracuje i zarabia na siebie. Dla dwuosobowej rodziny z trójką dzieci wydatek na ratowanie krajów strefy euro to 5 tysięcy dolarów, czyli około 15 tysięcy złotych. A więc po 7,5 tysiąca na każdego z małżonków.

20 czerwca odbyła się pierwsza tura wyborów prezydenckich. Do drugiej tury przeszli Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski.

2 lipca, na dwa dni przed II turą wyborów prezydenckich, Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosił, że podpisana została tzw. „umowa sponsorska” i Polska może już korzystać z elastycznej linii kredytowej w wysokości 20,43 miliarda dolarów. Jacek Rostowski ogłosił, że ten fakt bardzo ustabilizuje wahania kursu złotego.

Strata Polski wynikająca z tej linii kredytowej to około 200 milionów złotych rocznie. Strata zupełnie bezzasadna.

Jaki interes mieli Bronisław Komorowski, Marek Belka i Jacek Rostowski w tym, że ulegli naciskom lobby finansowego i doprowadzili do podpisania umowy sponsorskiej? Tego nie wiadomo. W kręgach organizacji postulujących wolny rynek mówi się otwarcie, że politycy, którzy w imieniu swoich krajów podpiszą umowę o FCL, mogą liczyć na intratne prowizje.

Rzecz jednak w tym, że te skandaliczne decyzje Komorowskiego, Belki i Rostowskiego (tak FCL, jak i ratowanie Grecji) to tylko kropla w oceanie marnotrawstwa publicznych pieniędzy. A gigantyczne marnotrawstwo stało się symbolem rządów ekipy Donalda Tuska.

Spójrzmy na statystyki. Gdy w 2005 roku rządy obejmował PiS, zadłużenie zagraniczne Polski wynosiło ponad 433 miliardy złotych, rok później 494 miliardy. Miesiąc po objęciu rządów przez Donalda Tuska poziom zadłużenia zagranicznego Polski zaczął się podnosić w tempie alarmującym i na koniec 2007 roku wyniósł 567 miliardów złotych. Do końca 2010 roku Tusk zadłużył Polskę do poziomu 940 miliardów złotych. Rok 2011 zamknął się kwotą 1,095 biliona złotych. Na koniec II kwartału 2012 roku zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło 263,83 miliarda euro, czyli około 1,1 biliona złotych. Kwota ta przez kolejne pół roku znowu się zwiększyła. Przy czym są to statystyki oficjalne, publikowane przez Narodowy Bank Polski.

Do tego trzeba dodać dług wewnętrzny pochodzący z oprocentowanych obligacji Skarbu Państwa. Ten dług pokazuje osławiony Licznik Długu zamontowany na skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich. Na połowę marca 2013 wynosił on ponad 845 miliardów złotych. Oba te długi (wewnętrzny i zagraniczny) zmierzają ku kwocie dwóch bilionów złotych. Rzecz jednak w tym, że do tego dochodzi jeszcze zadłużenie systemu emerytalnego. Wynosi ono ok 3,5 biliona złotych. Łącznie daje to 5,5 biliona złotych długu. Jeśli podzielimy to przez 38 milionów Polaków to okazuje się, że każdy z nas zadłużony jest na kwotę 144 736, 84 złotych. Prawie 150 tysięcy złotych. Przy czym uwzględnić trzeba, że wyliczenie to obejmuje dzieci, które nie pracują i nie mogą spłacać długu.

Każdy dług ciągnie za sobą odsetki. Wczesną wiosną 2013 roku tabloid „Fakt” wyliczył, że każdego roku Polska płaci 60 miliardów złotych z tytułu odsetek wynikających z naszego zadłużenia. Pieniądze te rząd ściąga z podatków płaconych przez osoby pracujące. Podzielmy to tym razem nie przez liczbę wszystkich Polaków, tylko przez liczbę Polaków w wieku produkcyjnym (26 milionów). Daje to 1200 złotych na każdego czynnego zawodowo Polaka.

100 złotych miesięcznie. Tylko na odsetki. Czyli na nic.

Problem polega na tym, że rośnie również – i to dramatycznie – poziom zadłużenia gospodarstw domowych. Na koniec roku 2012 wyniósł on 37 miliardów złotych. Wzrastają również długi Polaków pochodzące z używania kart kredytowych, niespłacanych regularnie rachunków, mandatów, grzywien, kar administracyjnych. Wszystko to ma miejsce przy równoległym wzroście cen. Gdy w 2007 roku Donald Tusk obejmował władzę, cena litra oleju napędowego wahała się pomiędzy 3,70 a 3,90 zł. Wiosną 2013 roku waha się na poziomie 5,70 – 5,90, a więc wzrost o prawie dwa złote na jednym litrze (drożej niż w Austrii czy Niemczech). Za wzrostem cen nie idzie wzrost zarobków. Tendencja jest raczej odwrotna: zarobki spadają, a ceny rosną. Z czego wynika cała ta sytuacja gospodarcza? Z klientelizmu politycznego, który jest fundamentem rządów Platformy Obywatelskiej. Polega on na zapewnianiu sobie stałego poparcia w wyborach ze strony jednej grupy społecznej, której zapewnia się przywileje za pieniądze podatników. Tą grupą społeczną jest administracja państwowa. Przyjrzyjmy się temu problemowi bliżej.

Od czasu Tadeusza Mazowieckiego wszystkie kolejne rządy tworzyły nowe urzędy i zatrudniały w nich kolejne osoby oraz powiększały stan kadrowy urzędów już istniejących. Biurokracja w Polsce zwiększała się więc lawinowo. Mechanizm zawsze był ten sam, a świetnie pokazuje go następujący przykład: W 1993 roku Sejm uchwalił ustawę o podatku VAT. Jej wejście w życie implikowało konieczność zatrudnienia nowych osób do egzekwowania jej zapisów. Potem ustawę nowelizowano, więc konieczne było prowadzenie szkoleń dla urzędników. Do tego zatrudniano kolejnych urzędników. System od początku się nie sprawdzał, więc do jego nadzoru i kontroli powoływano kolejne komórki w resorcie finansów i w podległych mu instytucjach. Przepisy okazywały się coraz bardziej skomplikowane i niejasne, i wymagały interpretacji. Do interpretowania przepisów zatrudniano więc kolejne osoby. Potem wprowadzano kolejne ustawy podatkowe i ich nowelizacje. Posłowie zwracali się więc do urzędników Ministerstwa Finansów z prośbą o konsultacje. Aby konsultacje okazały się owocne, trzeba było zatrudnić kolejnych urzędników. W ten sposób z roku na rok liczba urzędników w Ministerstwie Finansów drastycznie rosła. Z danych, które otrzymałem od rzeczników prasowych resortu, wynika, że 1 stycznia 2005 roku (rządził wówczas Sojusz Lewicy Demokratycznej) w centrali resortu pracowało ponad 1500 osób. Dwa lata później, 1 stycznia 2007 roku (rząd koalicji PiS-LPR-Samoobrona), ministerstwo zatrudniało już ponad 1700 osób. Rok później – tuż po przejęciu władzy przez Platformę Obywatelską – zatrudnionych było już 1900 urzędników. 1 stycznia 2009 roku w resorcie finansów pracowało już 2175 osób, a rok później – ponad 2400 osób. Rok 2011 zapisał się w historii resortu jako moment, gdy stan zatrudnienia urzędników przekroczył 2500 osób i powoli zaczął zmierzać do 3000 osób. Warto przy tym zauważyć, że każda ekipa polityczna – od nieboszczki AW „S” począwszy, a na rządzie Tuska skończywszy – zawsze mówiła dużo o zmniejszaniu biurokracji, a liczbę urzędników opłacanych z pieniędzy państwowych zawsze zwiększała. Przy czym „guru” polskiej ekonomii – Jacek Vincent-Rostowski – ma w tej dziedzinie największe zasługi. W czasach jego rządów biurokracja w samym tylko resorcie powiększyła się o prawie 75 procent (sic!).

Centrala Ministerstwa Finansów to jedynie drobna część ludzi podlegających Jackowi Rostowskiemu. Osławionemu „guru” polskiej ekonomii (de facto guru antyekonomii) podlega 16 izb skarbowych (po jednej w każdym województwie), 16 urzędów kontroli skarbowej (po jednym w każdym województwie), 16 izb celnych (po jednej w każdym województwie), 401 urzędów skarbowych w całej Polsce, 46 urzędów celnych (w tym 19 nadzorujących oddziały celne graniczne), 160 oddziałów celnych (w tym 55 obsługujących przejścia graniczne), Centrum Edukacji Zawodowej resortu finansów i Centrum Przetwarzania Danych. Ostatnią instytucją jest wywiad skarbowy – instytucja powołana do zwalczania przestępczości finansowej, wykrywania nieopodatkowanych dochodów i walki z tzw. „praniem brudnych pieniędzy”. Oczywiście urzędnicy podlegający min. Rostowskiemu potrzebują sekretarek, kierowców, ekspertów, personelu sprzątającego itp. Zbierając materiały na potrzeby niniejszej książki, pytałem o stany etatowe wszystkich jednostek podlegających Ministerstwu Finansów. Nie od wszystkich otrzymałem precyzyjne odpowiedzi. Informacje, które mi przesłano, pozwoliły mi oszacować liczbę wszystkich podwładnych Jacka Rostowskiego na 59 tysięcy osób (sic!).

Nasuwa się pytanie: po co potrzebna jest tak monstrualnie rozdęta biurokracja w resorcie finansów? Namacalne efekty jej pracy widać w konstruowanym budżecie państwa zakładającym miliardowy deficyt (większy z każdym rokiem), w decyzjach rujnujących podatników (casus Romana Kluski), w wyrokach sądowych zasądzających milionowe odszkodowania na rzecz podatników pokrzywdzonych przez złe decyzje urzędników podatkowych (casus wrocławskiej spółki JTT), w coraz gorszych danych dotyczących sytuacji gospodarczej w Polsce (wzrost bezrobocia, wzrost liczby ogłaszanych upadłości), wreszcie w coraz głupszych, coraz bardziej skomplikowanych i coraz trudniejszych do zrozumienia przepisach regularnie wprowadzanych w życie.

Dokładnie tak samo źle funkcjonują wszystkie – bez wyjątku – pozostałe polskie ministerstwa. Najlepszym tego przykładem jest resort pracy i polityki społecznej, więc przyjrzyjmy się bliżej tej instytucji.

Resort, podobno współodpowiedzialny za walkę z kryzysem, marnuje rocznie miliony publicznych złotówek, wydając je na zbyteczne przywileje dla swoich urzędników. Domagając się poprawy warunków pracy i lepszych relacji między pracodawcą a pracobiorcą, resort sam przykładem nie świeci. W ciągu ostatnich dwóch lat o ministerstwie w mediach głośno było zawsze z tego samego powodu. Najpierw latem 2008 r. „Super Express” poinformował, że pracownicy resortu wyjeżdżają na egzotyczne wczasy do dalekich krajów. Potem „Dziennik” opublikował wynik anonimowej ankiety przeprowadzonej w resorcie przez jedną z firm. Okazało się, że znaczna część urzędniczek ministerstwa przyznała, że spotkała się w pracy z molestowaniem seksualnym lub mobbingiem. To dość zaskakujące w resorcie, który ma za zadanie takie praktyki zwalczać. Niedawno resort skierował do Sejmu kontrowersyjny projekt ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (zakłada on m.in. rygorystyczną, absurdalną kontrolę urzędników nad wychowaniem dzieci). Wcześniej, gdy Sejm przegłosował ustawę zobowiązującą pracodawców do zatrudniania inspektorów ochrony przeciwpożarowej, ówczesna minister pracy – Jolanta Fedak – zapowiadała, że będzie sugerować urzędnikom Państwowej Inspekcji Pracy, by nie egzekwowali zbyt surowo tego przepisu i nie wymierzali kar za brak inspektorów.

Andrzej Sadowski – wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha:

Jest to jeden z większych absurdów, o jakich słyszałem. Najpierw parlament uchwala kuriozalne przepisy, a potem resort namawia swoich urzędników, żeby nie egzekwować tego przepisu. Przecież to chora sytuacja.

Niestety, w resorcie takich absurdów jest więcej. Oficjalnie, na przełomie 2008 i 2009 roku, resort pochwalił się, że zmniejszył zatrudnienie, ograniczając tym samym biurokrację.

Z danych, które otrzymałem, pracując nad tą książką, wynika, że 1 stycznia 2009 r. resort zatrudniał 714 osób. To istotnie spadek, bowiem dwa lata wcześniej pracowało tu 717 osób, a

1 stycznia 2008 roku już 753 osoby. Mogłoby z tego wynikać, że w ciągu ostatniego roku ministerstwo zwolniło 39 urzędników.

W praktyce było inaczej: wyrzucano z pracy osoby związane z koalicją PiS-LPR-Samoobrona. Jedną z takich osób był dyr. G., który próbował ograniczyć fundusze na przywileje dla urzędników. Warto dodać, że każdy zwalniany z pracy urzędnik otrzymywał odprawę w wysokości 3-6 miesięcznych pensji. Dramatycznie więc zwiększyło to koszty zwolnień osób. Dlaczego trzeba o tym wspomnieć? Bo zwolnienie 50 osób wywodzących się z jednej partii kosztowało odprawy. Na ich miejsce zatrudniono osoby związane z inną opcją polityczną. Te zostaną zwolnione po kolejnych wyborach. I znowu podatnik zapłaci za kolejne odprawy. Zwolnienia trwały przez cały 2009 rok. 1 stycznia 2010 roku resort zatrudniał 669 osób, a rok później już 689 osób. Od stycznia 2011 roku powoli zatrudniani są kolejni urzędnicy. Ich liczba na dzień 15 maja 2012 wyniosła już 754. I w najlepsze rośnie dalej. W ten sposób utrzymujemy już ponad 750 niepotrzebnych urzędników w niepotrzebnym ministerstwie, a w przyszłości będziemy dodatkowo płacić za rotacje kadrowe motywowane tylko względami politycznymi.

Pieniądze będą wyrzucane w błoto, bowiem działalność MPiPS jest podwójnie szkodliwa. Po pierwsze, z powodu kosztów, które resort generuje. Po drugie, z uwagi na efekty jego funkcjonowania. Niezależnie bowiem od względów politycznych, jakość przepisów tworzonych przez urzędników MPiPS jest fatalna i oczywiście wynikają z niej same szkody.

Weźmy prosty przykład. Od listopada 2007 roku (objęcie władzy przez PO) do końca 2008 roku Sejm uchwalił 27 ustaw opracowanych przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Przyjrzyjmy się pierwszej z brzegu. To ustawa z 19 grudnia 2008 r. o wdzięcznej nazwie: O zmianie ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy oraz o zmianie niektórych innych ustaw. Znajdujemy w niej np. taki zapis: Minister właściwy do spraw pracy może tworzyć rejestry centralne zawierające dane dotyczące rynku pracy, instytucji rynku pracy, projektów, udzielonej pomocy i świadczeń, a także dane dotyczące poszukujących pracy, bezrobotnych, pracodawców i ofert pracy, gromadzone przez publiczne służby zatrudnienia, na podstawie przepisów ustawy oraz może przetwarzać te dane na zasadach określonych w przepisach o ochronie danych osobowych. Pytanie pierwsze: jaki jest sens takiego zapisu? Pytanie drugie: co to właściwie oznacza? Czytając ten akt prawny, trudno oprzeć się wrażeniu, że od początku do końca jest to bubel prawny, w dodatku zmieniający tak wiele innych aktów – też bubli prawnych (w dużej mierze również przygotowanych przez MPiPS), że przeciętny człowiek nie jest w stanie się w tym połapać. Zdaniem Roberta Gwiazdowskiego z Centrum im. Adama Smitha, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej powinno być rozwiązane, bowiem przejada ogromne pieniądze, a skutki jego działań jedynie utrudniają nam życie. Taką samą opinię powszechnie prezentują polscy biznesmeni. Z tą opinią trzeba się liczyć, bo to właśnie ci biznesmeni i ich pracownicy utrzymują resort ze swoich podatków.

Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że okres rządów Platformy Obywatelskiej to czas dramatycznego zwiększania biurokracji. W 2012 roku, pracując nad drugim wydaniem książki „Imperium marnotrawstwa”, spróbowałem oszacować ilość polskich urzędników. Okazuje się, że jeśli zsumujemy liczbę pracowników administracji centralnej, samorządowej, unijnej oraz pracowników instytucji podlegających różnym resortom, to otrzymujemy ponad 900 tysięcy osób pobierających co miesiąc od państwa polskiego wynagrodzenie. Rocznie daje to trzynaście pensji (urzędnicy mają prawo do „trzynastek”) oraz wysokie finansowe premie. Ten ostatni aspekt wywołał sporo kontrowersji na początku roku 2013, gdy środki masowego przekazu prześcigały się w informowaniu o monstrualnych premiach dla pracowników poszczególnych urzędów. Na początku roku 2013 dziennikarze jednego z tabloidów podsumowali pensje, wynagrodzenia i premie dla urzędników administracji państwowej i otrzymali kwotę...

60 miliardów złotych.

Alarmującym przykładem rozrastania się aparatu administracyjnego jest Urząd Miasta Stołecznego Warszawy. Od momentu objęcia urzędu prezydenta przez Hannę Gronkiewicz-Waltz aż do roku 2010 ilość zatrudnionych urzędników zwiększyła się o 1500 osób, czyli aż o jedną czwartą. W 2006 roku utrzymanie urzędników (pensje, premie, dodatki) kosztowało 450 milionów złotych. W 2010 roku kwota ta wzrosła do 600 milionów złotych i rośnie dalej, gdyż Hanna Gronkiewicz-Waltz nadal powiększa zatrudnienie w urzędzie i nie szczędzi środków na komfort pracy swoich podwładnych. W budżecie miasta na 2011 rok tylko na same premie zapisano dodatkowo kwotę 49 milionów złotych. Wychodzi to po 1600 złotych na urzędnika. Najwięcej, bo aż po 17 tys. złotych dostali wiceprezydenci, skarbnik i sekretarz miasta. Mniej dostali ich zastępcy, dyrektorzy, szefowie referatów. Najmniej otrzymali szeregowi urzędnicy. Tak ogromne kwoty trzeba skądś wziąć. Ekipa Hanny Gronkiewicz-Waltz i na to znalazła sposób. Podniosła opłaty za użytkowanie wieczyste gruntów – w skrajnych przypadkach aż o 2000%, a więc dwadzieścia razy. Zapowiadane są również wzrosty cen za odprowadzanie ścieków, za wodę i prąd, za korzystanie ze strefy parkingowej w centrum miasta. Najbardziej dotkliwy dla przeciętnych mieszkańców jest wzrost opłat za korzystanie z transportu publicznego. Cena biletu jednorazowego wzrosła z 2,80 zł do 4,80 zł. Co za tym idzie, wzrosły też ceny kart miejskich uprawniających do przejazdów komunikacją. Wiosną 2011 roku, w odpowiedzi na zapytanie dziennikarzy „Faktu”, Zarząd Transportu Miejskiego podał do wiadomości publicznej, że z tytułu podwyżek cen biletów do kasy miasta wpłynie… 50 milionów złotych. A więc o milion więcej, niż wyniosły kwoty przewidziane na premie dla urzędników w 2011 roku! Czyli podwyżki cen biletów zostały wydane na premie dla urzędników.

Posada urzędnika administracji Donalda Tuska to nie tylko wysoki zarobek, lecz również możliwości korzystania z luksusów ufundowanych za pieniądze podatnika. Tu bryluje od lat Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. W porównaniu z ZUS-em

(49 tys. pracowników) czy ARiMR (12 tys.) ponad 750 podwładnych Władysława Kosiniaka-Kamysza wydaje się niepozorną grupką biurokratyczną. Tę daleką pozycję w rankingu ilości zatrudnienia, urzędnicy nadrabiają na innych płaszczyznach. Niepozorne Ministerstwo Pracy od wielu lat wiedzie prym, jeśli chodzi o ilość zagranicznych delegacji służbowych swoich pracowników.

Tylko w ostatnich 5 latach na mapie urzędniczych podróży znalazły się takie kraje jak: Indie, Nepal, Brazylia, Chile, Korea Południowa, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Japonia, Maroko, Wietnam, Chiny. Biuro prasowe resortu napisało, że urzędnicy wyjeżdżają tam na specjalistyczne szkolenia dotyczące prawa pracy, poprawiania warunków pracy, walki z patologiami związanymi ze stosunkiem pracy.

– Kierujemy się merytoryczną wartością szkolenia, a nie miejscem na świecie, w którym się ono odbywa – tak w 2009 roku rzeczniczka ministerstwa odpowiedziała mi na pytanie o powody tych eskapad. Zaznaczyła, że resort nie ma wpływu na miejsce organizacji danego szkolenia czy konferencji, ponieważ decydują o tym organizatorzy. Nie udało nam się uzyskać odpowiedzi na pytanie o wymierne efekty tych szkoleń. Trudno oprzeć się wrażeniu, że są to egzotyczne wczasy na koszt podatników.

W 2006 roku urzędnicy MPiPS odbyli aż 745 służbowych wyjazdów zagranicznych, czyli średnio prawie po jednym wyjeździe zagranicznym na pracownika resortu (!!!). Koszty wyniosły 1 315 106,57 zł. Informacje te przedostały się do mediów i w wyniku polityki „taniego państwa”, urzędnicy musieli zmniejszyć ilość wyjazdów zagranicznych. W 2007 roku istotnie wyjeżdżali rzadziej, bo „tylko” 571 razy, co nie zmienia faktu, że koszty wzrosły wyraźnie. Resort zapłacił za te wyjazdy 1 671 368,28 zł, czyli o ponad 350 tys. Zł więcej. W roku 2008 urzędnicy wyjeżdżali 669 razy, a koszty wyjazdów wyniosły niecałe 1,5 mln zł.

Podróżnicze rekordy Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej szybko stały się tematem zainteresowania mediów. Od końca 2008 roku gazety informowały, że mimo kryzysu gospodarczego pracownicy resortu marnują ciężkie miliony wypracowane przez podatników. Mimo tego, już w ciągu pierwszego miesiąca 2009 r. pracownicy resortu odbyli 22 wyjazdy zagraniczne, co kosztowało ponad 40 tys. zł. Choć w 2009 roku koszt wojaży urzędniczych znów zbliżył się do miliona złotych. Dopiero prawdziwy kryzys i troska o wizerunek rządu ograniczyły to w 2010 roku. Na podróże służbowe wydano „tylko” niewiele ponad 86 tys. zł. Jednak już od początku roku 2011 zagraniczne szkolenia ponownie zaczęły przyciągać. Na cały 2011 rok w budżecie resortu zaplanowano na ten cel ponad pół miliona złotych. I rzeczywiście, w roku 2011 pieniądze wydane na 590 podróży urzędasów zamknęły się w kwocie 1,76 miliona złotych, a więc rekordowej. W okresie 1.01 – 25.05.2012 na ten cel wydano już 595 tys. zł. Zapytałem więc biuro prasowe resortu o cel tych wyjazdów. Otrzymałem następującą odpowiedź:

Uczestnictwo w spotkaniach, posiedzeniach, wizytach

studyjnych, grupach roboczych Rady UE, konferencjach na szczeblu ministerialnym i eksperckim, negocjacjach umów międzynarodowych organizowanych przez Unię Europejską, Komisję Europejską, Prezydencję oraz inne kraje w ramach współpracy dwustronnej i wielostronnej. Większość wyjazdów jest następstwem członkostwa Polski w Unii Europejskiej (udział w procesie decyzyjnym UE oraz konsultacje w sprawie implementacji prawa UE). Delegaci jako członkowie Grup i Komitetów przy UE są zobowiązani do

uczestnictwa w kolejnych wyznaczonych spotkaniach i posiedzeniach. Takie wyjazdy są refundowane przez organizatorów (zazwyczaj strona zapraszająca refunduje koszty podróży bądź zapewnia zakwaterowanie na czas pobytu).

Podobnie rzecz ma się w innych resortach. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego na zagraniczne delegacje swoich pracowników wydaje rocznie średnio 730 tysięcy złotych. Najbardziej obfity w delegacje był rok 2009 – pierwszy rok wielkiego kryzysu gospodarczego. Na liście krajów odwiedzanych przez urzędników znalazły się m.in. Kuba, Katar, Japonia, Gujana Francuska, Senegal, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Republika Południowej Afryki. Co wynikło z tych wyjazdów dla polskiej kultury i ochrony zabytków? Na tak postawione pytanie Biuro Prasowe resortu nie było w stanie udzielić konkretnych odpowiedzi.

– Wyjazdy pracowników resortu wynikają z konieczności realizacji ustawowych zadań – w ten sposób na pytanie o powody tych wyjazdów odpowiedziała mi Iwona Radziszewska, rzeczniczka resortu. Zajrzałem więc do przepisów prawnych. Do „ustawowych” zadań ministerstwa należy: poszukiwanie polskich zabytków za granicą oraz szkolenia z zakresu ochrony dóbr kultury i dziedzictwa narodowego. Te szkolenia kosztują tym więcej, że urzędnicy wybierają najdalsze zakątki naszego globu. Ochrona polskich zabytków raczej się nie poprawiła. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że pracownicy resortu po prostu znaleźli powód, aby zwiedzać odległe zakątki świata za pieniądze podatników. Czytaj, w majestacie prawa okraść podatników, a zrabowane pieniądze zmarnować na własne przyjemności.

Taka postawa urzędników w ostatnich latach stała się normą. Choć kryzys gospodarczy na dobre dawał się we znaki, pracownicy państwowych instytucji podróżowali coraz częściej i coraz dalej. Dotyczy to wszystkich ministerstw i ogromnej większości państwowych instytucji. Urzędnicy wykorzystywali przy tym każdy pretekst, aby pieniądze podatników wykorzystywać na swoje „delegacje”. I zawsze też znajdywali oficjalne wytłumaczenie. Przykładem może być Ministerstwo Sportu i Turystyki. Do roku 2007 na zagraniczne podróże urzędników wydawano średnio 300 – 400 tysięcy złotych. W 2007 roku, gdy UEFA przyznała Polsce i Ukrainie prawo do organizacji EURO 2012, w budżecie resortu sportu wygenerowano dodatkowo aż 290 tys. zł, które przeznaczono na wyjazdy zagraniczne sztabu urzędników odpowiedzialnych za organizację Euro 2012. Celem wyjazdów były takie kraje jak: Jordania, Argentyna, Chiny, Brazylia, Kolumbia czy Meksyk. Rok później na podróże zagraniczne przeznaczono 497 tys. zł, a delegacje zaplanowano m.in. do Maroka, Kanady, Chile i Peru. Zapytałem więc biuro prasowe resortu o powody wyjazdów do tych krajów. Odpowiedziano mi, że pracownicy resortu przygotowują piłkarski turniej, a ponadto poszukują inwestorów zainteresowanych inwestycjami w Euro 2012. Wymienione wyżej kraje leżą poza Europą i nie organizowały nigdy Euro 2012, więc trudno oczekiwać, że mogłyby udzielić nam rad lub fachowej pomocy. Peru, Kolumbia i Brazylia nie są gospodarczymi potentatami i ciężko tam pozyskiwać inwestorów strategicznych. Oczywiście nie chodziło o inwestorów. Urzędnicy od początku wiedzieli przecież, że żadnego inwestora nie znajdą (tak też się stało). Chodziło o to, aby znaleźć pretekst umożliwiający sfinansowanie sobie z pieniędzy podatnika wyjazdu w egzotyczne rejony świata. Organizacja Euro 2012 wymaga wielu pilniejszych zadań – choćby remont dróg czy budowa parkingów. Tym jednak nikt się nie przejmuje. Z wybudowania jednego parkingu za 290 tysięcy złotych byłby większy sens niż ze wszystkich wyjazdów urzędniczych do Kolumbii. Ale wszyscy wiemy, że nie o sens tu chodzi.

Kto był rekordzistą zagranicznych podróży służbowych w polskiej biurokracji? Można wskazać dwie kandydatury. Rekord ilości pobił Marcin Korolec – podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki. Od listopada 2005 roku do dziś, odbył prawie 200 zagranicznych delegacji. - Pan Korolec przewodził misjom gospodarczym, których celem było nawiązywanie stosunków handlowych z innymi krajami – tak liczne podróże podsekretarza Korolca wytłumaczyła rzeczniczka resortu Agnieszka Glapys.

Jeśli chodzi o odległość, niekwestionowanymi rekordzistami okazali się dwaj dyrektorzy zatrudnieni na kierowniczych stanowiskach w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. W 2007 roku wyjechali w długą podróż służbową do Australii. - Wynika to z konieczności realizacji międzynarodowych porozumień o ubezpieczeniach społecznych, których ZUS jest członkiem – w ten sposób w 2008 roku wytłumaczył ich w korespondencji ze mną ówczesny rzecznik ZUS-u Mikołaj Skorupski. Zajrzałem do przepisów. Międzynarodowe porozumienia dotyczące ubezpieczeń społecznych faktycznie istnieją. Nie ma tam jednak jakiegokolwiek zapisu nakazującego wysyłanie urzędników ZUS-u na związane z tym konferencje.

Podróżnicze rozpasanie polskiej biurokracji nigdy nie wzbudziło zainteresowania Jacka Rostowskiego. Podlegająca mu urzędnicza armia w dziedzinie zagranicznych wyjazdów bije swoisty rekord – wydaje na ten cel rocznie powyżej 3 milionów złotych (sic!). To najwięcej spośród wszystkich ministerstw. Zapytałem rzeczników prasowych resortu o najdroższy wyjazd służbowy urzędników. Miał on miejsce w dniach 4-15 marca 2005 roku, gdy ministrem finansów był Mirosław Gronicki z SLD. Miejscem podróży było Chile i Argentyna. Celem wyjazdu były negocjacje między rządem Rzeczypospolitej Polskiej a rządami Republiki Chile i Republiki Argentyńskiej, dotyczące współpracy i wzajemnej pomocy w sprawach celnych. Dość zaskakujący powód, jeśli zważyć, że wymiana towarowa między naszymi krajami jest rocznie niewiele większa, niż wyniosły koszty wyjazdu. A wyjazd kosztował 32 168,78 złotych (oczywiście bez cen biletów lotniczych). I był zaledwie kroplą w morzu podróży urzędników resortu finansów. W kolejnych latach pieniądze publiczne wydawane na zagraniczne podróże w resorcie finansów wahały się w przedziale 3 – 4 milionów złotych. Na mapie wyjazdów znajdowały się prawie wszystkie państwa UE oraz Rosja, USA i Kanada. Celem było nawiązywanie współpracy finansowej z innymi państwami. Wszystkie te wyjazdy można było oczywiście zastąpić telekonferencjami, ale wówczas nie byłoby pretekstu do dalekich wyjazdów. W budżecie Ministerstwa Finansów na rok 2011 na zagraniczne delegacje zaplanowano kwotę 3 505 tys. zł, a więc sumę astronomiczną – tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę narastający kryzys, niewydolność budżetową i spowolnienie gospodarcze. „Guru polskiej ekonomii” mógłby zaoszczędzić dziesiątki milionów złotych dla budżetu państwa, dyscyplinując swoich podwładnych. Tym bardziej, że wielokrotnie mówił o konieczności „zaciskania pasa”. Tyle tylko, że w praktyce realizował to nie poprzez oszczędzanie na luksusach urzędników, tylko na podnoszeniu podatków i uciskaniu przedsiębiorców. Hasła Rostowskiego o oszczędności nie służyły i nie służą faktycznemu oszczędzaniu pieniędzy, tylko poprawianiu komfortu pracy urzędników, którzy w zamian lojalnie będą głosować na ekipę swojego pracodawcy dostarczającego im tych luksusów.

Tym bardziej, że luksusów z roku na rok jest coraz więcej.

I nie chodzi tylko o prestiżowe wyjazdy do egzotycznych krajów. Polskie urzędy wydają coraz więcej na samochody służbowe. Wyjazdy zagraniczne do egzotycznych krajów to nie jedyny dowód na to, jak bardzo polska biurokracja dba o swój komfort pracy. Każdego roku przybywa jej również samochodów służbowych. Na koszt podatnika samochodami podróżują nie tylko szefowie urzędów centralnych i ich zastępcy, lecz również dyrektorzy i wicedyrektorzy departamentów czy biur, szefowie poszczególnych komórek w urzędach, a w wyjątkowych przypadkach nawet sami urzędnicy.

Niechlubnym rekordzistą jest Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która jeszcze do niedawna dysponowała 516 samochodami służbowymi, których średni roczny koszt eksploatacji wynosił ok. 20 mln zł. Z kolei ZUS zatrudnia na etatach 312 kierowców do obsługi ponad 300 samochodów. Ich eksploatacja kosztuje rocznie ponad 12 milionów złotych. Resort obrony narodowej dysponował jeszcze niedawno prawie setką służbowych samochodów. Aby zmniejszyć koszty ich eksploatacji, jako kierowców zatrudnił nieodpłatnie zawodowych żołnierzy z warszawskiego garnizonu. Resort finansów dysponuje 29 samochodami, w większości luksusowymi Toyotami. Do ich prowadzenia zatrudniono 15 kierowców. W latach 2008 – 2010 koszty paliwa wahały się między 180 a 200 tysięcy złotych. Na przeglądy techniczne wydano w 2010 roku ponad 4 tys. zł, na ubezpieczenie prawie 60 tys. zł, na naprawy ponad 73 tys. zł.

We wszystkich urzędach państwowych służbowych aut z roku na rok przybywa. Trzeba więc zatrudniać kierowców (wzrasta zatem stan zatrudnienia w poszczególnych urzędach) i więcej wydawać na eksploatację samochodów (rosną dodatkowe koszty). Oczywiście wydaje się lekką ręką, bo płaci za wszystko polski podatnik.

Andrzej Sadowski – ekonomista z Centrum im. Adama Smitha:

– Te wydatki świadczą o tym, że urzędnicy traktują pieniądze podatnika w sposób wyjątkowo nieodpowiedzialny. Niestety polskie prawo nie pozwala na to, by wyciągać wobec nich jakiekolwiek konsekwencje za marnowanie pieniędzy podatników.

Pracując nad tą książką, próbowałem dowiedzieć się iloma samochodami dysponuje cała Polska administracja publiczna. Dowiedzieć się tego nie zdołałem. Część urzędów niższego szczebla odmówiła udzielenia tej informacji. Centrum Informacyjne Rządu odpowiedziało, że… nie prowadzi takich danych (!). Również Główny Urząd Statystyczny nie był w stanie pomóc. Ostatecznie więc ilość służbowych samochodów wykorzystywanych przez polską administrację pozostaje niewyjaśnioną zagadką.

Udało się za to ustalić co innego: wśród urzędników największą popularnością cieszy się koda. Modele tej właśnie marki (Octavia i Superb) były najczęściej kupowane do eksploatacji w urzędach. Koszt jednego pojazdu wynosił 90 – 100 tys. zł. Oczywiście urzędnicy decydowali się najczęściej na samochody z bogatym wyposażeniem: dwustrefową klimatyzacją, nawigacją satelitarną i nowoczesnym systemem nagłaśniającym. Po co oszczędzać, skoro za wszystko i tak zapłaci podatnik? A może warto się cieszyć, że urzędnicy kupują kody, a nie Bentleye czy Maybachy?

Zły przykład oczywiście idzie z góry. Swego czasu dziennikarze brukowców sfotografowali Danutę Waniek – szefową Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, którą kierowca wiózł służbowym samochodem do fryzjera i po zakupy. Były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – Witold Marczuk – doznał wypadku, prowadząc służbowy samochód. Z kolei Przemysław Gosiewski został przyłapany na tym, jak wysyłał rządowy samochód po żonę i dzieci. Podobnych przykładów są dziesiątki.

Polscy urzędnicy argumentują, że we wszystkich krajach europejskich resorty kupują swoim pracownikom samochody służbowe. Jako przykład podają włoskie Ministerstwo Gospodarki, które ma w swojej dyspozycji aż 9 tysięcy samochodów służbowych. Tyle tylko, że nie jest to regułą. Dla przykładu, w Wielkiej Brytanii cały rząd ma do dyspozycji 59 samochodów, z czego większość stanowią konwoje królowej i premiera oraz ochraniających je służb. Oprócz tego, ze służbowych aut w Wielkiej Brytanii korzystają tylko najważniejsi urzędnicy. W innych krajach regułą jest to, że nawet ministrowie dojeżdżają do swoich biur publiczną komunikacją lub prywatnymi autami. Słynna Anna Lindh – szwedzka minister spraw zagranicznych – znana była z tego, że dojeżdżała do pracy metrem i czas podróży wykorzystywała na rozmowy z przygodnymi pasażerami. W wywiadach twierdziła, że dzięki temu poznaje prawdziwe problemy zwykłych obywateli, co bardzo pomaga jej w pracy dla państwa. Szansy rozmowy z przeciętnymi zjadaczami chleba nie mają polscy urzędnicy dojeżdżający do pracy w klimatyzowanych limuzynach kupowanych za pieniądze podatników.

Jednak luksusowe limuzyny – często obsługiwane przez zawodowych kierowców i zawsze opłacane z pieniędzy podatników

– zwiastują zawsze początek kolejnego dnia w bizantyjskim świecie polskiej biurokracji. Gdy urzędnik wysiądzie ze lśniącego samochodu służbowego, nie musi długo iść, aby trafić do swojego biura. Każdy urząd przy swojej siedzibie zajął miejsca parkingowe w ilości proporcjonalnej do liczby samochodów. Przy drzwiach siedzib urzędów parkują więc przede wszystkim biurokraci. Z tego powodu nie ma miejsca dla samochodów obywateli, których koleje losu zmusiły do załatwienia w urzędach dowolnej sprawy. Podatnik – żywiciel urzędnika – często musi samochód zostawić kilkaset metrów dalej i przyjść piechotą do urzędu, aby tam załatwić swoją sprawę. Takie rozwiązanie skutecznie zniechęca obywateli do odwiedzania urzędów. Tym lepiej więc dla samych urzędników. Mniej petentów – to więcej czasu dla siebie.

Aby polska biurokracja nie narzekała na warunki pracy, kolejne ekipy rządzące robiły wszystko, żeby poprawić jej komfort. Inwestowano w nowe siedziby, w ich ekskluzywne urządzenie i w wyposażenie ich w jak najwięcej nowego sprzętu. Niekwestionowanym i absolutnym rekordzistą w tej dziedzinie jest ZUS. W latach 2000 – 2011 wydał na nowe siedziby ponad 1,1 miliarda złotych (sic!). Wydawał bez skrupułów. W maleńkich miejscowościach (Radomsko, Przasnysz, Piaseczno) siedziby ZUS-u są najbardziej ekskluzywnymi budynkami i kłują w oczy szczególnie tych, którzy każdego ranka, idąc do pracy, mijają je i w myślach przypominają sobie o wysokości odprowadzanych co miesiąc składek. Centrala ZUS-u na warszawskim Żoliborzu kosztowała ponad 180 milionów złotych i była najdroższą inwestycją polskiej administracji w budynek w całej historii naszego kraju. Cena nie może dziwić, skoro we wnętrzu budynku znajduje się kilkanaście sal konferencyjnych, marmurowe schody i łazienki wykładane najdroższymi płytkami. W każdym budynku ZUS-u – powstałym w ostatnich latach – jest oczywiście nowa łazienka, drogie meble, eleganckie kuchnie, a w nich kawa, herbata, smakołyki. Urzędnicy nie zapomnieli również o klimatyzacji i nowoczesnych systemach elektronicznych (np. automatycznym otwieraniu drzwi). Niechlubny „rekord” ZUS-u pobił w 2008 roku. Na wyposażanie swoich siedzib wydał aż 80 milionów złotych. Jesienią 2008 roku jako dziennikarz „Wprost” wystąpiłem do ZUS-u ze złośliwym pytaniem, ile ton papieru rocznie zużywają ich drukarki. Ówczesny rzecznik instytucji – Mikołaj Skorupski – nie był w stanie udzielić precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie.

Niewiele lepiej jest w innych polskich urzędach. Koszt opłat za wynajem w całej Polsce powierzchni biurowych Narodowego Fundusz Zdrowia to około 21 milionów złotych. Wśród urzędów centralnych niechlubnym rekordzistą jest znowu Ministerstwo Finansów. W całym kraju posiada ono aż 688 siedzib składających się z 1379 budynków, w tym 866 budynków biurowych. Średnie miesięczne koszty ich eksploatacji w 2010 roku wyniosły 9,35 miliona złotych. W skali całego roku daje to 112,2 miliona złotych rocznie. To oczywiście nie koniec, bo trzeba było wynająć dodatkowe powierzchnie na miejsca pracy dla tych urzędników, którzy z jakichś powodów nie zmieścili się w 1379 budynkach. Resort wynajął więc powierzchnię biurową w różnych miastach w Polsce. W 2010 roku zapłacił za to 46,4 miliona złotych. Innym niechlubnym rekordzistą jest Ministerstwo Sportu i Turystyki. W latach 2008 – 2009 jego wydatki na akcesoria komputerowe przekroczyły 100 tysięcy złotych. Na sam papier do drukarek wydano prawie 20 tysięcy złotych (sic!). Spróbujmy to policzyć. Ryza papieru do drukarki kosztuje w supermarkecie około 15 złotych. 20 tysięcy to 1333 ryzy. Jedna ryza to 500 kartek. 1333 ryzy to 666500 kartek papieru. Niewyobrażalnie ogromna ilość jak na jedno ministerstwo.

W państwowych urzędach normą pracy stają się laptopy i służbowe telefony komórkowe. Zajrzyjmy znów do Ministerstwa Finansów. Z początkiem roku 2005, urzędnicy dysponowali 267 telefonami komórkowymi, za które podatnik zapłacił 527 038,04 zł. Liczba telefonów systematycznie rosła. W 2011 rok, resort wszedł z 301 służbowymi „komórkami”. W 2010 roku za korzystanie z nich zapłacono wprawdzie mniej, bo 131 172,43 zł, ale to dlatego, że w 2009 roku w całej administracji państwowej wymieniono telefony w taki sposób, aby wszystkie należały do jednej sieci. Zobaczymy, ile wydamy na telefony komórkowe urzędników w kolejnych latach.

Resort finansów dysponuje również 1202 laptopami służbowymi. W porównaniu do roku 2005 (516 laptopów) stanowi to prawie dwukrotny wzrost. Chyba tylko największe na świecie korporacje finansowe mogą pod względem ilości służbowych komputerów przenośnych przebić polskie Ministerstwo Finansów.

Zapytałem rzeczników prasowych resortu o to, kto i na jakiej podstawie decyduje o przyznaniu służbowego samochodu, laptopa lub telefonu komórkowego. Uzyskałem odpowiedź, że telefon uzyskują osoby, które z uwagi na swój zakres obowiązków muszą być w pełni dyspozycyjne. Samochód przysługuje członkom kierownictwa resortu, pozostali pracownicy mogą z niego skorzystać tylko w celu wykonania konkretnego zadania. A laptop? Tutaj procedura jest inna. Zainteresowany musi wypełnić wniosek, który akceptuje jego przełożony. Ten wniosek kieruje do dyrektora mającego upoważnienie od Dyrektora Generalnego ministerstwa do wydania polecenia służbom informatycznym do wydania laptopa. Czyli trzeba pokonać krętą drogę w biurokracji administracji państwowej, aby ktoś podjął decyzję (według własnego widzimisię) o przyznaniu urzędnikowi laptopa. Jak widać, jedni urzędnicy są dla drugich bardzo życzliwi. 1202 laptopy to liczba, która mówi sama za siebie.

Jakie ma to znaczenie? Struktury administracyjne zatrudniają niewiele mniej niż milion osób. Każdy z nich zainteresowany jest tym, aby utrzymać się na urzędniczym stołku, gdzie jest pewna praca i pewna płaca, a w dodatku można liczyć na rozmaite luksusy (wyjazdy zagraniczne) i przywileje (służbowe komórki, laptopy, samochody). Z tych miliona urzędników każdy ma żonę lub męża – to drugie milion osób zainteresowanych pewną, dobrze płatną pracą dla współmałżonka. Duża część urzędników ma dzieci – zainteresowane tym, aby tatuś czy mamusia utrzymali dobrze płatną pracę. Do tego dochodzą krewni, którzy też liczą na ciepłą posadkę. Jest to więc łącznie 3,5 miliona ludzi zainteresowanych tym, aby utrzymać swój stołek. Każdy biurokrata wie, że po wyborach może nadejść czas zamętu, bo nowa ekipa będzie obsadzać urzędy swoimi ludźmi. Dla własnego stołka i własnego spokoju dba więc o to, aby nic się nie zmieniło. Czyli, żeby nie zmienił się rząd. A to można zrobić tylko w jeden sposób: oddając głos na rządzącą partię. Tak więc 3 – 3,5 miliona urzędników i ich rodzin to 3 – 3,5 miliona głosów. I to jest betonowy elektorat Platformy Obywatelskiej. Utrzymywany za pieniądze rabowane pozostałej części podatników. Na tym właśnie polega klientelizm polityczny Platformy Obywatelskiej. Na utrzymywaniu za pieniądze podatników grupy społecznej, która wraz z rodziną i krewnymi głosuje na rządzącą partię. Interes jest obopólny. Platforma Obywatelska rabuje cały naród, ale część zrabowanych pieniędzy oddaje klasie urzędniczej (w większości złożonej ze swoich działaczy), zapewniając jej ciepłe posadki, niemałe premie, wysokie pensje i rozmaite luksusy. W zamian, ta armia ludzi oddaje swoje głosy na Platformę Obywatelską, umożliwiając jej utrzymanie się przy władzy. I dalsze rabowanie współobywateli.

Skutkiem ubocznym tego megarabunku i politycznego klientelizmu są skutki działania armii urzędników. Najgorsze są dwa: marnotrawstwo czasu i marnotrawstwo talentów.

Jednym z najbardziej opłakanych i brzemiennych w skutki efektów działania polskiej biurokracji jest potworne marnotrawstwo czasu. Jest to zresztą jedna z patologii naszego życia – zamiast spędzać czas z rodziną, znajomymi lub w pracy, zajmując się rzeczami konstruktywnymi – tracimy niepotrzebnie dziesiątki godzin tylko po to, aby spełnić obowiązek dostarczenia do jakiegoś urzędu papierka albo wskutek głupich decyzji urzędniczych. Utracone zyski idą w dziesiątki miliardów złotych.

Przyjmijmy, że w Polsce średnia krajowa wynosi 3500 złotych brutto. Przyjmując, że tydzień pracy to 42 godziny, a miesiąc to cztery tygodnie, wyliczymy, że jedna godzina pracy osoby zarabiającej średnią krajową warta jest prawie 21 złotych. Oznacza to też, że tyle brutto traci każdy człowiek w wyniku straconej jednej godziny. A sytuacji, kiedy biurokracja marnuje nasz czas, jest bardzo dużo. Tracą na tym najbardziej trzy grupy zawodowe. Pierwszą są kierowcy. Przyjrzyjmy się zatem ich sytuacji.

W centrum Warszawy, w Alejach Jerozolimskich, na rondach, ustawiono wiele lat temu sygnalizację świetlną regulującą ruch samochodowy. Funkcjonowała ona względnie dobrze i umożliwiała w miarę płynne poruszanie się ulicami stolicy. Do czasu.

W 2009 roku zmieniono sygnalizację. Pojawiły się nowe semafory ze strzałką do skrętu w lewo. Doprowadziło to do tego, że kierowcy chcący na rondzie skręcić w lewo, nie mogą – jak robili to dotychczas – wjechać na rondo, skręcić i zatrzymać się, aby przepuścić tych nadjeżdżających z naprzeciwka. Muszą czekać na lewym pasie na swoją kolej. W tym czasie część ronda stoi pusta. Jest to więc bezproduktywne marnowanie czasu.

Przez kilkadziesiąt lat w Polsce funkcjonowały tzw. „zielone strzałki” umożliwiające skręt w prawo na czerwonym świetle w wypadku, jeżeli nie kolidowało to z samochodem jadącym ulicą poprzeczną. Około roku 2004 zielone strzałki zlikwidowano, co nie miało żadnej racjonalnej podstawy. Część kierowców zaczęła to lekceważyć. W ten sposób łamali przepisy, ucząc się braku szacunku dla prawa. Pozostali zaczęli stosować się do nowych zwyczajów. Zatrzymywali się przed skrzyżowaniami i czekali na zielone światło. W ten sposób i oni sami, i kierowcy za nimi bezproduktywnie marnowali czas. Pewnie niejeden też tracił nerwy np. wioząc dziecko do lekarza, spiesząc się na ważne spotkanie lub jadąc po żonę, która właśnie skończyła robić zakupy i czekała, co chwilę wydzwaniając niecierpliwie.

Od czasu kiedy Warszawą rządzi Hanna Gronkiewicz-Waltzowa, zapanowała w stolicy moda na światła. Drogowcy wszędzie, bez opamiętania, stawiają semafory ze światłami. Jeśli mają większą fantazję, stawiają sygnalizację nawet na skrzyżowaniach z ulicami osiedlowymi. Co więcej, sygnalizatory nie są ze sobą zsynchronizowane w taki sposób, aby kierowca mógł przejechać cały dłuższy odcinek nie zwalniając. W Warszawie kierowcy zatrzymują się de facto na wszystkich skrzyżowaniach ze światłami. I tracą w ten sposób czas.

Jeśli przyjmiemy, że tylko osoby mieszkające i pracujące w Warszawie (ponad milion ludzi) tracą codziennie na dojazd godzinę więcej niż wcześniej, oznacza to, że dzienna strata wynosi 21 milionów złotych, a więc miesięcznie 420 milionów złotych miesięcznie. A w mniejszych miastach i na prowincjach przyjmijmy, że każdy traci godzinę na tydzień, czyli 4 godziny w miesiącu. Daje to stratę 84 złotych miesięcznie. Pomnóżmy to przez 24 miliony (od liczby całkowitej wszystkich pracujących odejmujemy 2 miliony zatrudnionych z Warszawy i okolic). Okazuje się, że otrzymujemy ponad 2 miliardy złotych. W ciągu roku daje to więc 24 miliardy złotych. Jeśli dodamy do tego roczne straty warszawiaków i mieszkańców innych największych miast (ponad milion osób) uzyskamy kwotę około 5 miliardów złotych. Razem jest to więc około 30 miliardów. Tyle tracimy my – podatnicy – z tytułu korków wynikających z postawienia dziesiątek niepotrzebnych semaforów ze światłami. A ile traci państwo? Pamiętajmy, że w Polsce obowiązuje podatek dochodowy w wysokości 19% dla najsłabiej zarabiających. 19% z 30 miliardów daje 5,7 miliarda złotych, a więc sumę, za którą można byłoby zbudować ponad 500 kilometrów autostrady.

Ze statystyk policyjnych dostępnych choćby na stronie internetowej Komendy Głównej Policji wynika, że każdego roku co najmniej 13 tysięcy kierowców traci uprawnienia do prowadzenia samochodów z powodu przekroczenia limitu tzw. „punktów karnych”. Punkty te – wraz z mandatem – przyznawane są za konkretne wykroczenia drogowe. Ich maksymalna ilość wynosi ła do niedawna 24. Kto tę liczbę przekroczył, tracił prawo jazdy i musiał ponownie zdać egzamin. Egzamin ten kosztował do niedawna 22 złote (część teoretyczna) i 112 złotych (część praktyczna), czyli razem 134 złote. Jeśli cenę tę pomnożymy przez 13 tysięcy, otrzymujemy kwotę prawie 1,75 miliona złotych. Tyle rocznie trafia do kas wojewódzkich ośrodków ruchu drogowego. 134 złote nie jest dla przeciętnego kierowcy jakąś gigantyczną sumą. Znacznie więcej wart jest czas stracony na załatwianie formalności związanych ze zdaniem egzaminu: jazdy do WORD, stanie w kolejkach do kas, potem w kolejkach do punktu zapisów, następnie kilkutygodniowe oczekiwanie na egzamin. Kto w tym czasie straci prawo jazdy, staje przed wyborem: albo na kilka miesięcy musi zrezygnować z jazdy samochodem, albo musi jeździć „na lewo”, czyli bez prawa jazdy. W tym drugim wypadku, jeśli zostanie schwytany, ryzykuje karę w wysokości 1500 złotych, a jeśli samochód nie należy do niego – dodatkowo naraża właściciela na 1,5 roku więzienia (istnieje przepis przewidujący możliwość ukarania osoby, która udostępnia samochód temu, kto nie ma prawa jazdy). Jest to więc strata czasu i pieniędzy na załatwianie zupełnie bezsensownych formalności. A wszystko tylko dlatego, że władza chce zarobić prawie dwa miliony złotych na kierowcach, którzy mieli pecha dać się złapać ileś razy w ciągu roku.

Załóżmy teraz, że władza wprowadziłaby przepis nakładający na każdego kierowcę roczną opłatę w wysokości ryczałtowej 500 złotych z tytułu mandatów za te wykroczenia, które popełnił, a na których go nie złapano (takie rozwiązanie – w państwie prawa nie do pomyślenia – w eurosocjaliźmie jest oczywiście możliwe), ale za to likwiduje punkty karne, fotoradary, wideorejestratory i wszystkie inne rzeczy utrudniające życie kierowcom.

10 milionów kierowców dałoby przychód w wysokości 5 miliardów złotych, a więc kwotę nieporównanie większą niż 1,75 miliona złotych. Takie rozwiązanie byłoby lepsze i dla eurosocjalistycznego państwa (większy zysk), i dla kierowców zwolnionych z konieczności tracenia czasu na głupoty. Pieniądze te można byłoby w całości wydać na budowę dróg. Oczywiście w eurosocjaliźmie jest to nie do przyjęcia. Zgodnie z logiką eurosocjalizmu pieniądze trzeba rabować w taki sposób, by dostarczyć obywatelowi „rozrywki” w postaci załatwiania bzdurnych formalności, kosztujących ogromnie dużo czasu. A pieniędzy nie można wydać na sensowny cel, tylko należy je zmarnować. Dlatego też z roku na rok przepisy drogowe będą coraz głupsze i coraz bardziej restrykcyjne, a praw jazdy zabieranych będzie coraz więcej.

I czasu na ich odzyskanie marnować będziemy coraz więcej.

Kto w tym ustroju jest najbardziej poszkodowany? Najwięcej czasu biurokracja kradnie przedsiębiorcom. Jest to zachowanie samobójcze, bo to przedsiębiorcy – ze swoich podatków – utrzymują biurokrację. Przedsiębiorcy bez biurokracji poradzą sobie znakomicie. Biurokracja bez przedsiębiorców rady sobie nie da. Z tego właśnie powodu, biurokracja powinna dbać o przedsiębiorców jak się tylko da. Robi odwrotnie – utrudnia im życie i zabiera czas.

W Polsce przedsiębiorcą może zostać każdy. Wystarczy tylko założyć własną działalność gospodarczą. To z kolei wymaga wizyty we właściwym urzędzie miasta (lub gminy), potem w urzędzie Skarbowym i w ZUS-ie. Oczekiwanie na zarejestrowanie trwa prawie miesiąc – jest to miesiąc stracony. Jeszcze gorzej, gdy chcemy założyć spółkę prawa handlowego. Wówczas o jej założeniu decyduje sąd, sporządzić należy (i podpisać u notariusza) szereg dokumentów. Wszystko to trwa.

Jednak ciągle, mimo wszystko, jest to dopiero początek problemów. Gdy przedsiębiorca przebrnie już przez wszystkie biurokratyczne procedury i otworzy swoją firmę, musi tracić setki godzin rocznie na użeranie się z biurokracją, na wypełnianie setek stron niepotrzebnych dokumentów. Przedsiębiorca musi płacić podatek dochodowy. Aby się rozliczyć, trzeba wypełniać PIT. To trwa. Musi też na bieżąco wypełniać deklaracje do ZUS-u oraz druki deklaracji podatku VAT. Przepisy są niejasne, pełne różnych niezrozumiałych zapisów, a w dodatku co rusz się zmieniają. Biznesmen musi więc albo spędzać kilkanaście godzin w miesiącu na śledzeniu tych zmian prawnych, albo wynajmować księgowych. W pierwszym przypadku traci czas, w drugim – traci pieniądze. Dodatkowo, przedsiębiorca musi być na bieżąco ze wszystkimi innymi przepisami. Na przykład musi wiedzieć, co i na jakich zasadach można zaliczyć jako koszt firmy, a co nie. Przedsiębiorca ma więc mniej czasu na to, aby rozwijać swoją działalność gospodarczą.

Gdy już upora się ze wszystkimi dokumentami, musi liczyć się z tym, że w każdej chwili zapuka do niego przedstawiciel państwowej biurokracji i czegoś będzie żądał. A zapukać może fiskus w osobie urzędnika skarbowego. Po nim może przyjść inspekcja z Izby Skarbowej, po nim kontroler ZUS-u, potem inspekcja pracy, potem inspekcja sanitarna, potem jeszcze ktoś. Ergo: jest kilkanaście podmiotów mogących kontrolować zgodność działania przedsiębiorcy z prawem. I paradoksalnie, najczęściej to nie przedsiębiorcy, a urzędy są na bakier z prawem. Od wielu miesięcy telewizja Polsat emituje program „Państwo w państwie”, przedstawiający nadużycia urzędników. Nadużycia te skutkują wielomilionowymi odszkodowaniami, upadłością firm, a czasem wielomiesięcznym pobytem w areszcie polskich przedsiębiorców, którzy inaczej niż prokuratorzy interpretują niejasne przepisy. Trudno się więc dziwić, że od początku roku 2013 mamy w Polsce do czynienia z nietypowym zjawiskiem: przedsiębiorcy rejestrują działalność gospodarczą poza Polską, aby nie mieć kontaktu z paraliżującą ich działania, wszechwładną biurokracją.

Tworzone przez kastę urzędniczą prawo zmierza nie do tego, by chronić przedsiębiorcę przed zagrożeniem (np. przed chuligaństwem i bandytyzmem) oraz nie przeszkadzać mu w prowadzeniu jego działalności. Prawo zmierza do tego, by takiego przedsiębiorcę jak najszybciej doprowadzić do bankructwa. Cel ten jest osiągany poprzez wprowadzanie przepisów nakładających na polskiego drobnego biznesmena ogromnie dużo zobowiązań, którym nie jest on w stanie sprostać. Prosty przykład: jedna z ustaw obliguje do zatrudnienia inspektora pożarowego odpowiedzialnego za stan instalacji przeciwpożarowej. Inna ustawa nakazuje przedsiębiorcy, aby kupił pracownikowi okulary, jeśli temu zacznie się pogarszać wzrok. Dużą firmę, korporację, stać na zatrudnienie inspektora pożarowego. Firmy małej, ledwo wiążącej koniec z końcem, już na to nie stać. Tak samo jest z okularami. Hewlett-Packard czy IBM mogą pozwolić sobie na zakup okularów nawet dla tysiąca pracowników. Ale właściciel trzech księgarń ledwo wiążący koniec z końcem nie będzie miał pieniędzy na okulary dla pracowników. Takich przykładów są dziesiątki. Wszystko to ma doprowadzić do wyeliminowania z rynku małych firm, by zapewnić dominację koncernom i korporacjom. Najbardziej jaskrawym tego dowodem są przepisy umożliwiające hipermarketom unikanie płacenia podatków, jeżeli zmieniają one nazwy. W ten sposób wielkopowierzchniowe sieci handlowe nie płacą podatków, w odróżnieniu od małych sklepików, których nie stać na prawników, księgowych, biegłych rewidentów itp. I mali sklepikarze, kupcy, sprzedawcy czy handlarze bankrutują lub muszą zwijać interesy. W ten sposób niszczy się klasę średnią, która w normalnie funkcjonującym kraju jest podstawą prawidłowej gospodarki wolnorynkowej.

Skutkiem numer dwa jest potworne marnotrawstwo talentów. Primo: armia urzędników zatrudnia 900 tysięcy osób, które mają zdolności w różnych dziedzinach i zamiast te zdolności rozwijać, marnują je, zajmując się przerzucaniem niepotrzebnych papierów. Secundo: ograniczenia narzucane przez biurokrację wytworzyły system, w którym kilkaset tysięcy osób zdecydowało się wyjechać z Polski.

Emigrację „na stałe” wybrało 2,6 miliona ludzi, w tym co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób wybitnych: lekarzy, inżynierów, nauczycieli, wynalazców, finansistów. Gdy w 2008 i 2011 roku byłem w Anglii, dane mi było spotkać wielu ludzi bardzo dobrze wykształconych, którzy przez lata w Polsce otrzymywali groszowe pensje, natomiast na Wyspach błyskawicznie znaleźli pracę odpowiadającą ich kwalifikacjom i przynoszącą zarobki znane im dotychczas z amerykańskich seriali. Jednym z takich ludzi jest B. – lekarz wąskiej specjalizacji, który znalazł pracę w szpitalu w Londynie i po pół roku awansował na stanowisko ordynatora oddziału. Jego pensja, z czego mi się zwierzył, wynosiła wówczas ponad 10 tysięcy funtów miesięcznie, gdy jeszcze kilka lat wcześniej ten sam doktor B. pracując w Warszawie, ledwie wiązał koniec z końcem. Po trzeciej otrzymanej w Londynie pensji sprowadził do Londynu swoją żonę i dziecko. I odtąd wszyscy układają sobie życie w Anglii, a do Polski wracać nie chcą. Być może nawet po bankructwie Unii Europejskiej doktor B. – jako wybitny fachowiec – otrzyma pozwolenie na pobyt w Wielkiej Brytanii. I wtedy już żadna siła nie ściągnie go do Polski. W Wielkiej Brytanii dane mi było również poznać inżyniera K. K. w Polsce zarabiał śmiesznie niskie pieniądze; najpierw na państwowej posadzie na uczelni, potem przez kilkanaście miesięcy w firmie prywatnej. Po bankructwie tej ostatniej znalazł się bez środków do życia. Wyjechał więc do Anglii i szybko znalazł pracę u znanego producenta motoryzacyjnego, gdzie skierowano go do komórki zajmującej się pracą nad nowymi turbosprężarkami. Szefowie szybko zwrócili uwagę na wiedzę inżyniera K. Dziś jest w swojej fabryce jednym z najbardziej cenionych pracowników, a jego pensja jest ponad 20 razy wyższa od pensji polskiej. Inżynier K. również sprowadził swoją żonę do Wielkiej Brytanii, gdzie dziś wiodą życie w dostatku. Podobnie wygląda historia Jerzego W. – inżyniera i specjalisty od sprzętu zbrojeniowego. W. pracował w polskiej firmie państwowej, jednak gdy przyszedł kryzys, znalazł się na bruku. Pracy szukał wiele miesięcy, jednak bezskutecznie. Skorzystał więc z zaproszenia znajomego, który poszukiwał specjalistów do swojej firmy zajmującej się wykańczaniem wnętrz. Klientem tej firmy był brytyjski konstruktor. Po dwóch rozmowach zorientował się, że polskiego inżyniera trzeba zatrudnić w fabryce produkującej uzbrojenie dla sił zbrojnych Jego Królewskiej Mości. Porozmawiał ze swoimi przełożonymi, Jerzego W. zaproszono na spotkanie i zaoferowano mu pracę. Dziś W. świetnie zarabia w Wielkiej Brytanii, wykorzystując swoją wiedzę do unowocześniania systemów zbrojeniowych.

Od wielu lat brytyjski rynek pracy wchłania polskich finansistów. Angielskie firmy są w stanie zaoferować im bardzo wysokie pensje

– w polskich realiach nieosiągalne. Pracowici z natury Polacy dostają więc dobre stanowiska pracy i bardzo dobre warunki pracy w bankach, instytucjach finansowych, domach maklerskich, biurach kredytowych. Większość z nich – po ułożeniu sobie życia na Wyspach – zapewne nigdy już nie wróci do ojczyzny. Ich dzieci, które właśnie zaczynają edukację, nie czują już żadnej więzi z krajem.

Jeżdżąc po całym świecie, możemy podziwiać wielki kulturalny, naukowy lub wynalazczy dorobek Polaków. W Peru do dziś można korzystać z najwyżej na świecie położonej kolei szynowej zbudowanej przez Ernesta Malinowskiego. W Australii można wejść na górę Kościuszki odkrytą przez polskiego podróżnika Pawła Strzeleckiego. Z kolei Antarktyda odsłoniła wiele swoich tajemnic przed polskim podróżnikiem Henrykiem Arctowskim. W największych salach koncertowych świata dawali swoje koncerty Fryderyk Chopin i Ignacy Paderewski. Wszystkich tych ludzi łączyło jedno – z dala od kraju mogli rozwijać swoje talenty. Kraj i ustrój okazały się dla nich nieprzyjazne. Tak samo jest teraz. Spośród ponad 2 milionów Polaków, którzy po 2004 roku zdecydowali się wyjechać do Anglii na stałe, największa szkoda dla Polski wynika z emigracji wybitnych fachowców: inżynierów, konstruktorów, lekarzy, finansistów, budowlańców, architektów, dyrektorów, znakomitych przedsiębiorców. Wszyscy oni mogliby wykorzystywać swoje umiejętności nad Wisłą, do budowy Polski. Wygonieni przez eurosocjalistyczny ustrój, zdecydowali się jednak wyjechać na stałe i swoją pracą przyczyniać się do budowania dobrobytu innego państwa. Marnotrawstwo ich talentów obciąża moralnie i politycznie eurosocjalistów, którzy zbudowali system, w którym nie da się rozwijać swoich talentów, zdolności i zainteresowań.

Dla bieżącej sytuacji gospodarczej Polski i Polaków znaczenie ma jeszcze jeden skutek rządów Donalda Tuska i jego milionowej armii urzędników: ograniczenie inwestycji zagranicznych. Inwestycje zagraniczne są pożądane w każdej gospodarce. Wymieńmy najważniejsze ich zalety.

Po pierwsze: inwestycje to nowe firmy, a co za tym idzie nowe miejsca pracy (zarabiają dotychczasowi bezrobotni), nowe budynki (zarabiają firmy budowlane) i nowe wydatki na ich urządzenie (zarabiają ci, którzy wyposażają budynki). Ważne jest przy tym, że inwestycje dają możliwość pewnego i stałego zatrudnienia. Jeśli np. fabryka Volkswagena zainwestuje w Polsce pieniądze na wybudowanie fabryki części to fabryka ta ma zapewniony zbyt, a tym samym jej pracownicy mogą być pewni zatrudnienia.

Po drugie: inwestycje to nowe technologie, nowe rozwiązania techniczne. Te zaś potrzebują wynalazców, a tych najczęściej rekrutuje się spośród miejscowych inżynierów. Jest to więc świetna oferta pracy dla fachowców chcących rozwijać swoje kwalifikacje i stawiać sobie coraz wyżej poprzeczkę.

Po trzecie: inwestycje to zlecenia dla firm podwykonawczych, dla head-hunterów, dla innych podmiotów, z którymi współpracują inwestorzy. Rodzą więc ożywienie gospodarcze.

Po czwarte: inwestycje to wpływy do budżetu państwa i dla samorządów. Inwestorzy płacą wszak normalne podatki, na normalnych zasadach – jak wszyscy inni.

Po piąte – być może najważniejsze – inwestycje to bezpieczeństwo państwa. Jeśli amerykańscy miliarderzy będą inwestować w Polsce swoje fortuny, to w sytuacji zagrożenia Polski ze strony armii jakiegokolwiek innego państwa, będą naciskać na prezydenta USA, by podejmował odpowiednie interwencje. Wszystko dlatego, że będą dbali o swoje fortuny, a prezydent USA (któremu sponsorują kampanię wyborczą) będzie dbał o nich. Z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski, im więcej takich inwestycji, tym lepiej. Wszak w 1990 roku Amerykanie bronili Kuwejtu nie dlatego, że były tam łamane prawa człowieka (te są łamane w bardzo wielu krajach i to jakoś Amerykanom nie przeszkadza), tylko dlatego, że Saddam Husajn realnie zagroził amerykańskim potentatom naftowym prowadzącym interesy w Kuwejcie i posiadającym tam swoje szyby (oraz płacącym podatki rządowi USA). Jeden miliard amerykańskich dolarów zainwestowanych nad Wisłą przez biznesmenów broni Polski lepiej niż pięć zapisów karty NATO.

Inwestycje zagraniczne pojawiły się w Polsce po upadku komunizmu. Z początku otwierały tutaj swoje filie amerykańskie koncerny mające placówki na całym świecie: McDonald’s, Pizza Hut, Coca-Cola. Ich śladem ruszyli inni. W 1994 roku po raz pierwszy Narodowy Bank Polski przeliczył zagraniczne inwestycje i okazało się, że zagraniczni przedsiębiorcy przywieźli do Polski pieniądze wartości 1,5 miliarda euro. Liczby te systematycznie rosły aż do roku 2007, kiedy wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych wyniosła równowartość ponad 17,4 miliarda euro. Od tamtego momentu, inwestycje zaczęły drastycznie maleć i w 2010 roku osiągnęły rekordowo niski poziom niecałych 6,7 miliarda euro, a w 2011 roku niewiele ponad 9 miliardów euro. Nie wiadomo ile inwestycji zagranicznych przyciągnęła Polska od początku 2012 roku. Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych do momentu złożenia książki do druku nie opublikowała danych za pierwsze półrocze. Są jednak przesłanki wskazujące na to, że rok 2012 zapisze się jako rekordowo niski pod względem inwestycji.

Wymowne są jednak dane na temat krajów, z których pochodzą przedsiębiorcy inwestujący w Polsce największe kwoty. Aż do roku 2009 najwięcej pieniędzy lokowali w Polsce biznesmeni z Niemiec, Francji i Luksemburga, potem ze Szwajcarii i USA. Od roku 2010 największym inwestorem zagranicznym są Stany Zjednoczone, na drugim znajdują się Chiny. Kraje europejskie zostały zdegradowane do drugiej ligi.

Co z tego wynika? Po pierwsze: od momentu wejścia w życie traktatu lizbońskiego (1 XII 2009) inwestycje w Polsce zaczęły spadać dramatycznie. Po drugie – co ciekawsze – w ostatnich latach Amerykanie i Chińczycy wyprzedzili pod względem przywiezionych do Polski pieniędzy kraje Europy Zachodniej. To znaczy, że dla unijnych sąsiadów byliśmy wiarygodni dopóty, dopóki nie byliśmy związani traktatem lizbońskim (sic!). Ponadto, analizując statystyki dotyczące inwestycji (dostępne są choćby w Internecie), zauważamy, że Polska pozyskiwała ich najwięcej, zanim została członkiem Unii Europejskiej.

Jak to wytłumaczyć? Inwestorzy przywożą pieniądze tam, gdzie jest największe prawdopodobieństwo, że środki się zwrócą. To zaś wymaga stabilnej sytuacji gospodarczej i politycznej kraju docelowego. Wiadomo, że nikt nie będzie inwestował pieniędzy w Iraku czy Czeczenii, bo trwa tam wojna, a ona nie służy bezpiecznym interesom. Do tego ważna jest stabilność klimatyczna. Klimat uniemożliwia inwestycje np. w Sudanie czy na Antarktydzie. Jednak Polska nie ma z tym problemu. Kolejne czynniki sprzyjające inwestycjom to uczciwość społeczeństwa zamieszkującego konkretny kraj (w Polsce jest z tym dobrze), poszanowanie prawa własności (tutaj jest tylko trochę gorzej, niż być powinno), przestrzeganie prawa (tu jest gorzej), sprawnie działające sądownictwo (tu jest bardzo źle) i niski poziom ingerencji biurokracji. Ta ostatnia sprawa wygląda najgorzej.

Amerykański inwestor tym się różni od polskiego przedsiębiorcy, że ma pieniądze (najczęściej duże) i nie musi ich inwestować. Może albo cieszyć się tym, co już zarobił, albo część swojego majątku zainwestować, by zwiększyć swoje bogactwo. Polski przedsiębiorca, mieszkający od urodzenia w Polsce, mający na utrzymaniu rodzinę i dysponujący niewielkim majątkiem, zaczyna więc na własnym podwórku. Amerykański inwestor może sobie wybrać kraj, gdzie chce ulokować swoje pieniądze. On nie kieruje się sentymentami: nie buduje Polski i nie kocha Polaków. Kieruje się zyskiem. Jeśli przy pomocy kalkulatora dojdzie do wniosku, że inwestycja w Polsce przyniesie mu zysk – wówczas zainwestuje. Jeśli nie – ominie nasz kraj szerokim łukiem. Innej możliwości nie ma.

Zachodni inwestor, kalkulując ryzyko, bierze pod uwagę wszystkie czynniki. Rozważając Polskę jako kraj ulokowania swojego kapitału, zasięga języka i dowiaduje się, że będzie musiał stawić czoła ogromnej liczbie urzędników kontrolujących przestrzeganie rozmaitych absurdalnych przepisów. Dowiaduje się, że przepisy te są niezrozumiałe, niejasne, mętne, stwarzają ogromne pole do nadużyć. I wtedy orientuje się, że przywożąc pieniądze do Polski, automatycznie staje się zależny od widzimisię władzy. Władza – jeśli będzie miała taki kaprys – wsadzi go do aresztu, a jego działalność doprowadzi do bankructwa – jak miało to miejsce w przypadku bohaterów programu „Państwo w państwie”. Inwestor ocenia więc inne kraje. Jeśli wypadają lepiej niż Polska – do nich przywozi swoje pieniądze. Jeśli wypadają gorzej, decyduje się na państwo nad Wisłą. Statystyki z minionych lat pokazują, że najwięcej inwestycji przyciągała Polska wtedy, gdy biurokracja była nieporównanie mniejsza, przepisów było mniej, a Polska nie musiała stosować się do prawodawstwa unijnego. Jaki z tego wniosek? Inwestorzy boją się tych państw, w których ogranicza się ich swobodę działania i możliwości dysponowania własnymi środkami. Polska niestety z roku na rok ogranicza coraz bardziej. Trudno się więc dziwić, że inwestorzy zaczynają nas omijać.

Patrzę na dane dotyczące inwestycji zagranicznych w poszczególnych krajach świata. Od lat w ich uzyskiwaniu przodują kraje Azji: Tajwan, Filipiny, Singapur, Malezja, Korea Południowa. To rejony, gdzie często dochodzi do katastrof: trzęsień ziemi, wybuchów wulkanów i tajfunów. Takie kataklizmy niszczą budynki, rujnują przemysł, fabryki, inwestycje. A jednak zachodni biznesmeni wolą lokować kapitał tam, a nie w Polsce. I to pomimo że w Polsce nie ma ani wybuchów wulkanów, ani trzęsień ziemi, ani tajfunów. Dlaczego? Bo kataklizmy są możliwe do przewidzenia. Można się od nich ubezpieczyć i w wypadku katastrofy liczyć na duże odszkodowanie. Natomiast głupota polskich polityków jest nieprzewidywalna. Żadna firma na świecie nie zaoferuje polisy ubezpieczeniowej od jej skutków. Tajfuny, trzęsienia ziemi i erupcje wulkanów nie odstraszają inwestorów w takim stopniu jak 460 twórców prawa urzędujących przy ulicy Wiejskiej w Warszawie.

Straty wynikające ze zmarnowania tak ogromnej szansy jaką były w ostatnich latach inwestycje zagraniczne, idą zapewne w dziesiątki lub setki bilionów euro. Są nie do oszacowania.

Jaki model inwestycji wybrał rząd Donalda Tuska? Partnerstwo publiczno-prywatne. Sztandarowym przykładem tego modelu, w normalnych krajach nieznanego, jest Stadion Narodowy, który kosztował 2 miliardy złotych (jego roczne utrzymanie kosztuje 150 – 200 mln zł) i był od samego początku do samego końca niepotrzebny. Jego prawdziwy sens polegał na tym, że stanowił pretekst do wydania publicznych pieniędzy. Gdyby wybór firm budujących stadion prowadzono na zasadzie przetargów, budowa zapewne kosztowałaby mniej. Chodziło jednak nie o to, żeby wydać jak najmniej, tylko o to, żeby wydać jak najwięcej, żeby jak najwięcej można było przy okazji ukraść. Bo zarówno firmy wykonujące poszczególne etapy budowy, jak i podmioty nadzorujące całość, zatrudniały „znajomych królika” z legitymacjami członkowskimi Platformy Obywatelskiej. To samo zresztą było we wszystkich innych inwestycjach w infrastrukturę: w drogi, w koleje, w szpitale, w budynki użyteczności publicznej.

Najlepszym i aktualnym przykładem tego, jak wielkie pieniądze mogą ukraść „sami swoi” z rządzącej partii jest sprawa in vitro. Od lipca 2013 roku zabiegi in vitro będą finansowane przez państwo. Spójrzmy jak wielkie są to koszty.

Najniższa, podstawowa cena zabiegu in vitro oferowana przez popularną warszawską klinikę leczenia niepłodności to 10 000 złotych. Do tej kwoty doliczyć trzeba bardzo drogą i długotrwałą terapię hormonalną oraz serię badań i konsultacji. Łącznie cała procedura sztucznego zapłodnienia kosztować może ponad 35 tysięcy złotych. Dla „przeciętnej polskiej rodziny” jest to wydatek niemożliwy do zaakceptowania, stąd w rządowych kręgach pojawił się pomysł, aby zabiegi in vitro finansowane były przez państwo. 5 listopada 2010 roku, na specjalnie zwołanej konferencji prasowej ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz, ogłaszając początek prac nad ustawą, powiedziała: Szacujemy, że po wprowadzeniu nowej ustawy rocznie wykonywać się będzie w Polsce około 10 tysięcy osób. Zaznaczyła przy tym, że oczywiście mamy świadomość, że na zabieg zdecydują się tylko ci, którym pozwoli na to światopogląd. Pytana przez dziennikarzy, Ewa Kopacz oznajmiła, że pracownicy resortu policzyli koszty finansowania przez państwo in vitro. Mają one wynieść rocznie 91 – 375 milionów złotych w zależności od rodzaju terapii hormonalnej stosowanej przez kobietę. Wobec wątpliwości części posłów PO i sprzeciwu większości opozycji, nie udało się uchwalić tej ustawy. Dlatego w październiku 2012 roku Donald Tusk zdecydował o uruchomieniu w Ministerstwie Zdrowia specjalnego programu finansowania zabiegów in vitro.

Spośród 10 tysięcy kobiet chętnych na posiadanie „dziecka z próbówki”, z których teraz niewielka część ma pieniądze na zabieg, już w przyszłym roku każda będzie mogła zgłosić się do kliniki. Za całą terapię hormonalną i zabieg in vitro zapłaci jej państwo. Państwo, czyli podatnik. „Witraże” (tak nazywa się czasem właścicieli klinik przeprowadzających zabiegi in vitro) w całej Polsce będą więc mieli do zagospodarowania ponad 300 milionów złotych. Należy się spodziewać, że te wydatki bardzo szybko wzrosną. Już teraz bowiem w zagranicznych ośrodkach badawczych prowadzi się badania naukowe „udoskonalające” metodę sztucznego zapłodnienia. Z badań tych wynika, że potrzebna jest bardziej skuteczna i bardziej długotrwała terapia hormonalna – czyli dodatkowe koszty. Wzrosnąć może też cena samego zabiegu in vitro. Skoro za zabieg płacić będzie państwo, kliniki będą zainteresowane tym, aby ceny były jak najwyższe. Trzeba więc brać pod uwagę, że już w najbliższych latach procedura in vitro zostanie wydłużona o np. dodatkowe terapie hormonalne, a to z kolei drastycznie podwyższy jej cenę. Całe sztuczne zapłodnienie obejmujące terapie, sam zabieg, badania, konsultacje itp. może więc wynieść nawet 100 tysięcy złotych. Czyli polskiego podatnika okraść trzeba będzie już nie z 375 milionów, a z miliarda złotych. A i na tym wydatki się pewnie nie skończą.

Na wspomnianej konferencji prasowej 5 listopada, Ewa Kopacz przyznała, że z jej szacunków wynika, iż w Polsce z powodu braku potomstwa cierpi milion par. W październiku 2012 roku Donald Tusk mówił już dziennikarzom o 1,3 miliona par. Jeśli przyjąć optymistycznie, że 90 proc. Polaków to katolicy, oznacza to, że pozostałym 10 procentom wyznawany światopogląd pozwoli podjąć decyzję o zapłodnieniu in vitro. 10 procent z 1,3 miliona to 130 tysięcy par, a więc potencjalne 130 tysięcy zabiegów. Przy dzisiejszych cenach daje to więc 4,87 miliarda, a przy cenach zakładanych – około 13 miliardów w skali 10 lat, czyli 1,3 miliarda rocznie. Ale to jeszcze nie wszystko. Z danych WHO – Światowej Organizacji Zdrowia – wynika, że tylko w połowie przypadków zabieg in vitro kończy się powodzeniem. W pozostałych 50 procentach przypadków, albo nie udaje się skutecznie wszczepić zarodka, albo kobiecie nie udaje się donosić ciąży. Taki rozwój sytuacji to dla kliniki powód, aby procedurę zapłodnienia in vitro rozpocząć od nowa. I wystawić polskiemu podatnikowi drugi rachunek za zabieg. I tak kwotę 1,3 miliarda złotych rocznie trzeba będzie podwoić.

Odpowiadając na pytania dziennikarzy, zarówno Ewa Kopacz jak i Donald Tusk mówili o „parach”, które nie mogą mieć dzieci. W październiku 2012 Donald Tusk obiecywał, że na refundację zabiegu in vitro nie będzie miało wpływu to czy kobieta jest zamężna, czy nie. To z kolei potencjalnymi klientami klinik oferujących in vitro czyni „singielki”, czyli kobiety samotne z wyboru, nie zakładające rodzin. Wystarczy, że w całej Polsce rocznie na zabieg zdecyduje się tysiąc samotnych kobiet. Podatnik jest obciążony na kolejne dziesięć milionów. To oczywiście niewielka strata w porównaniu do moralnych skutków tego przedsięwzięcia. Powstanie bowiem nowa warstwa społeczna – „singielki” wychowujące samotnie dzieci poczęte wskutek in vitro. Dzieci, których krzywda będzie polegać na tym, że nie będą miały szansy doznać miłości ojca i wychować się w pełnej rodzinie.

Trudno też sobie wyobrazić, aby „polityczna poprawność” pozostała obojętna wobec faktu, iż na zabieg in vitro mogą sobie pozwolić tylko pary lub małżeństwa, a nie tzw. „związki gejowskie”. Może to więc doprowadzić do sytuacji, kiedy państwo zacznie finansować zabiegi sztucznego zapłodnienia dla kobiet, które urodzone dzieci będą oddawać na wychowanie parom homoseksualistów. Wszelką zaś krytykę tłumić będą „niezawisłe” sądy. Taki scenariusz – choć może brzmieć śmiesznie – nie wydaje się mało realny.

Samo refundowanie zabiegów in vitro to tylko część wydatków. Jako przeszkodę w staraniach o in vitro ówczesna minister Kopacz podała „kwestie światopoglądowe”. To oznacza, że dla „witrażystów” wyzwaniem staje się konieczność uświadomienia społeczeństwa w tej kwestii. A to oznacza, że trzeba będzie przeprowadzić i sfinansować (z pieniędzy podatnika) kampanię społeczną zachęcającą do poddania się zabiegowi in vitro. Środki na „uświadamianie” każdego społeczeństwa „demokratyczna” Europa zna dwa. Pierwszy to „badania naukowe” prowadzone pod konkretną tezę i mogące każdą tezę udowodnić lub obalić według życzeń klienta. „Naukowo udowodniono”, że w związkach homoseksualnych dzieci doznają więcej miłości niż w małżeństwach. „Udowodniono” również, iż wzrost podatków nie przekłada się na wzrost cen detalicznych. Można więc bez problemu „udowodnić”, że in vitro to metoda równie skuteczna co poczęcie drogą naturalną. Trzeba więc będzie wyniki tych „badań naukowych” utrwalać w głowach dzieci od pierwszych lat szkoły podstawowej w ramach tzw. „wychowania seksualnego”. I wtedy trzeba będzie sięgnąć po sposób drugi: kampanie społeczne. Nie należy się dziwić, jeśli za kilka lat oglądać będziemy banery reklamowe lub billboardy zachęcające do poddawania się zabiegom in vitro – zabiegom oczywiście „darmowym” i „bezpłatnym” – czyli finansowanym przez podatnika. W Polsce kampanie społeczne to doskonały pretekst, by zdefraudować dziesiątki milionów złotych. Dla przykładu, kampania „Nie prowadzę po alkoholu.” kosztowała ponad 7 milionów złotych i niczego nie przyniosła (pijanych kierowców jest coraz więcej, a nie coraz mniej), a kampania „Kocham, nie biję.” – ponad 10 milionów złotych i wcale nie zmniejszyła zjawiska przemocy domowej. Nie ma też żadnego skutku poza uszczupleniem budżetu. Tak samo będzie z kampanią społeczną popierającą in vitro. Tym bardziej, że to doskonała okazja, aby dać zarobić firmom związanym z krewnymi polityków. Łapówki, które za zorganizowanie tej kampanii zapłacą urzędnikom Ministerstwa Zdrowia dyrygenci „vitrobiznesu” będą nieznacznym ułamkiem promila ich zysków z zabiegów.

Refundacja zabiegów in vitro stworzy jeszcze jeden problem. W polskiej służbie zdrowia tajemnicą poliszynela jest wystawianie „lewych” zwolnień lekarskich i fałszywych recept. Coraz bardziej powszechną praktyką jest też wyłudzanie refundacji za zabiegi, które w rzeczywistości nie były przeprowadzane (najsłynniejsze takie sprawy – zakończone w sądach – miały miejsce w Krakowie, Rzeszowie i Poznaniu). Przepis pozwalający na finansowanie in vitro stworzy monstrualne pole do nadużyć, jeśli weźmie się pod uwagę koszty zabiegów. Wywoła bowiem pokusę poddania się lub przeprowadzenia zabiegu in vitro jedynie na papierze. Lekarz sporządzi dokumentację medyczną dla NFZ, pacjentka się pod nią podpisze, na zabieg nie przyjdzie, ale wniosek o „refundację” będzie można złożyć. I kilkadziesiąt tysięcy złotych z publicznych pieniędzy można podzielić pomiędzy wszystkich zaangażowanych w proceder. Co spowoduje, że liczba „papierowych” zabiegów in vitro bardzo szybko wzrośnie, a tym samym pojawi się konieczność dalszego opodatkowywania Polaków.

Program refundacji zabiegów in vitro zakłada możliwość przeprowadzania ich w szpitalach publicznych. To z kolei otwiera drogę do sporów sądowych o monstrualne odszkodowania. Pacjentka może bowiem poskarżyć się już nie tylko na złe warunki pobytu w szpitalu, ale także na nieskuteczność zabiegu. Wystarczy, że nie donosi ciąży będącej konsekwencją sztucznego zapłodnienia lub dojdzie do wniosku, że dziecko urodziło się nie takie, jakiego oczekiwała. Zgodnie z obowiązującymi przepisami kodeksu cywilnego będzie mogła wnieść pozew przeciwko Skarbowi Państwa i wygrać gigantyczne odszkodowanie. Zapłaci je oczywiście polski podatnik. Wszystko wskazuje więc na to, że przepisy o refundacji in vitro nie tylko spowodują w społeczeństwie ogromne straty moralne, ale również wywołają finansową „aferę tysiąclecia”, która zdeklasuje wszystkie znane dotychczas afery korupcyjne.

Sześć lat rządów Platformy Obywatelskiej to okres takiego złodziejstwa, marnotrawstwa, rabunku i grabieży państwowego majątku, jakiego dzieje Polski nie znają. Okres ten zaczął się zaraz po wygranych przez PO wyborach, ale swój szczyt osiągnął po 10 kwietnia 2010 roku, kiedy zniknął obóz patrzący rządowi na ręce i starający się kontrolować jego działania.

(Fragment książki Leszka Szymowskiego "Operacja Smoleńsk")



Źródło: padre.info.pl


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(1 głos)



Jeśli chcesz skomentować, ale nie używasz portali społecznościowych, możesz użyć naszego niezależnego systemu komentarzy.
Żeby to było możliwe, należy musisz mieć w naszym portalu zarejestrowane i aktywowane konto użytkownika, a także musisz być zalogowany. Rejestracja trwa chwilę i jest bezpłatna.
Rejestracja w portalu
Logowanie
Ostatnio zmieniany Sobota, 26 październik 2013 12:38