Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka Czas wentyli bezpieczeństwa
Kategoria: Publicystyka   Czwartek, 19 styczeń 2017 14:36 Autor: admin

Czas wentyli bezpieczeństwa

Czas wentyli bezpieczeństwa foto: Wikimedia Commons/CC

Za tydzień USA będą miały nowego prezydenta. Antysystemowego. To znaczy PONOĆ antysystemowego, bo gdy się dobrze przyjrzeć już wykonanym ruchom przez prezydenta elekta, jak również całej sytuacji, która doprowadziła do jego wyboru, to całkiem uzasadnione może być pytanie o prawdziwość jego antysystemowości.

Czym jest system? Przeciwko czemu buntują się dziś wyborcy w USA, Wielkiej Brytanii, zapewne niedługo i we Francji, na Węgrzech i w wielu innych krajach? Bardzo trudno jest przedstawić spójną definicję systemu, czy antysystemowości. Myślę, że ludzie buntują się (bo to, że się buntują nie ulega wątpliwości) w każdym kraju przeciwko czemuś innemu, przeciwko różnym przejawom systemu. Jego elementami są wszechwładza banków, wzrost obciążeń podatkowych, biednienie, a właściwie znikanie klasy średniej, wzrost bezrobocia i śmieciowej pracy, zanikanie granic i suwerenności państw, zanikanie lokalnych różnic kulturowych na rzecz zuniformizowanej, globalnej kultury masowej, pękanie więzów społecznych na najniższym poziomie sąsiedztwa i rodziny oraz szereg innych zjawisk, co do źródeł których przeciętny człowiek nie zadaje sobie pytań, tylko czuje, że są złe. Prowadzi to do protestu wyrażanego przy urnach wyborczych, który widzimy dziś coraz powszechniej. 

Każdy protestuje przeciwko czemuś innemu, ale przecież najważniejsze jest to, że prawie wszyscy kandydaci, i ci uważani za systemowych, jak i ci uważani za antysystemowych obiecują ZMIANY. Czyli wiedzą, że nie jest dobrze, skoro nie obiecują KONTYNUACJI. Kandydaci uważani za antysystemowych obiecują jedynie zmiany idące dalej. 

W moim przekonaniu najważniejszymi elementami systemu, w którym żyjemy, są wszechwładza banków i wielkich korporacji. To ta wszechwładza prowadzi do przytłaczającej większości negatywnych zjawisk, przeciwko którym protestują wyborcy. Nowoczesny świat nastawiony jest na to i działa tak, by pieniądze i towary mogły krążyć po świecie bez ograniczeń, oraz żeby wszyscy byli winni bankom pieniądze, dzięki czemu następuje koncentracja coraz większej ilości bogactw w coraz mniejszej liczbie rąk. 

Należy zawsze mieć na uwadze fakt, że nie wystarczy, by na kandydata głosowali ludzie przeciwni obecnemu systemowi, by wybrany przez nich prezydent czy parlament był temu systemowi faktycznie przeciwny. Dobrym przykładem jest Grecja, gdzie do władzy doszli ludzie uważani za całkowicie antysystemowych, a gdy przyszło co do czego, to okazało się, że wola ludu jest dla nich mniej ważna od żądań tych, którzy system tworzą.

Czy Trump jest więc antysystemowcem?

Myślę, że jego wybór jest z całą pewnością wynikiem głosowania większości zniechęconej stanem państwa w USA. Jest czym się zniechęcać wobec zastraszającego wzrostu liczby ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie - ponad 45 milionów - czy wobec prawie 100 milionowej rzeszy ludzi, którzy MOGĄ pracować, a nie pracują. Ci ludzie nie są ujmowani w oficjalnych statystykach bezrobocia dzięki przeróżnym kruczkom statystycznym, ale realne dane można znaleźć bez trudu, na przykład na stronach Bureau of Labor Statistics. Czy to wystarczy i oznacza, że Trump przedstawi projekty i zrealizuje realne działania w celu faktycznej zmiany? 

Gdy się przyjrzeć doborowi współpracowników nowego prezydenta, można mieć jak najdalej idące wątpliwości. Wątpliwości te pogłębiają się, gdy przyjrzymy się jeszcze raz kampanii wyborczej, a szczególnie jej medialnej stronie. 

Oczywiście Trump nie zachowuje się tak samo, jak poprzedni prezydenci. Inaczej też niż poprzednicy sam sfinansował swoją kampanię wyborczą podkreślając w ten sposób swoją niezależność. Otwarcie deklarował że "osuszy waszyngtońskie bagno" mając na myśli klasę funkcjonariuszy umiejących jedynie być funkcjonariuszami i nic więcej. Deklarował się jako "anti-establishment", czyli zagrożenie dla filaru amerykańskiego systemu władzy.

Jeśli jednak zauważymy, że z jednej strony Trump już zadeklarował, że gadanie o "osuszeniu bagna" to były jedynie żarty, a z drugiej jego najbliższymi współpracownikami są "byli" bankierzy tacy jak Steven Mnuchin (Goldman Sachs) wyznaczony na stanowisko sekretarza skarbu, Gary Cohn (Goldman Sachs) jako przewodniczący narodowego komitetu ekonomicznego, główny strateg kampanii Steve Bannon (Goldman Sachs) czy doradca do spraw gospodarczych Jamie Dimon (JP Morgan), to w kwestii "antysytemowości" sprawy są dość jasne. Nie można zlekceważyć również faktu, że doradcą Trumpa jest Henry Kissinger, jeden z głównych architektów globalizmu.

Poważne wątpliwości wynikają również z refleksji nad przebiegiem kampanii wyborczej. 

Wielu wydaje się, że najlepszym dowodem na to, jak bardzo elity boją się Trumpa, jest negatywna kampania medialna, jakiej był przedmiotem podczas kampanii. Nic bardziej złudnego. Każdy specjalista od Public Relations wie, że istnieje mnóstwo sytuacji, w których liczy się nie to co media mówią, tylko że w ogóle mówią. Gdy kandydatem na prezydenta był Ron Paul, który faktycznie jasno i jednoznacznie zarówno w swoich deklaracjach, jak i działaniach w Kongresie pokazywał że jest antysystemowy, media całkowicie milczały na jego temat, bez względu na ich orientację.

Nie ma dziś już raczej wątpliwości, że Trump wygrał wybory dlatego, że jego przeciwnikiem była Hillary Clinton. Wiele wiarygodnych sondaży wskazuje na to, że gdyby kontrkandydatem był Bernie Sanders, Trump mógłby nie wygrać wyborów. Trudno uwierzyć w to, że sztaby Partii Demokratycznej nie znały ogromu elektoratu negatywnego Hillary Clinton, a przecież jednak ją wystawiły.

A więc być może Trump wcale nie jest tym, który kopniakiem przewróci stół, na którym odbywa się światowa i wewnątrzamerykańska partia szachów, tylko siądzie do niej tak jak i jego poprzednicy, z tą jedynie różnicą, że przy każdym ruchu na szachownicy będzie głośno pokrzykiwał i obiecywał zmianę zasad gry. Czas pokaże. Im więcej czasu mija od listopadowych wyborów, tym większe można mieć wątpliwości co do szansy na realne zmiany. Moim zdaniem istnieje możliwość taka, że Trump jest czymś w rodzaju wentyla bezpieczeństwa wprowadzonego do Białego Domu w celu uniknięcia eksplozji systemu.

Skądinąd za podobny wentyl uważam Marine Le Pen we Francji, która potrafi doskonale grać rolę "antysystemowca", wspierana w tym przez francuskie media, a przecież Front Narodowy bez jej ojca jest już jedynie cieniem tego z lat 80 i 90 XX wieku. Taki tygrys, któremu wyrwano kły i pazury.

Być może system jest silniejszy, niż nam się to wydaje? Myślę, że Grecy już tak właśnie myślą. Niewykluczone że Amerykanie i Francuzi niedługo też to zrozumieją.

 

Źródło: salon24.pl


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(7 głosów)



Ostatnio zmieniany Czwartek, 19 styczeń 2017 15:38