Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka Arystokraci się pieniaczą
Kategoria: Publicystyka   Sobota, 25 luty 2017 10:00 Autor: admin

Arystokraci się pieniaczą

Wydawało się, że nic już nas nie zaskoczy w związku z naszymi Umiłowanymi Przywódcami, ale – próżne nadzieje! Pomysłowość ludzka w ogóle jest niewyczerpana, a jeśli chodzi o Umiłowanych Przywódców – bije ona wszelkie rekordy. Człowiek przewidujący przewidzi sto możliwości, a tymczasem taki jeden z drugim Umiłowany Przywódca wybierze sto pierwszą możliwość, która normalnemu człowiekowi nigdy-przenigdy nie przyszłaby nawet do głowy. Dlatego właśnie mówi się, że niczyje życie, zdrowie, ani mienie nie jest bezpieczne, gdy trwa sesja Sejmu.

Okazuje się, że nie tylko wtedy. Również w przerwach między posiedzeniami, zwłaszcza gdy w miarę postępów socjalizmu zaostrza się walka klasowa – a polityczna oczywiście też. Przewidział to już dawno wybitny klasyk demokracji Józef Stalin, a ponieważ za sprawą rządu, a zwłaszcza – wicepremiera Mateusza Morawieckiego - socjalizm u nas postępuje milowymi krokami, to nic dziwnego, że i walka klasowa oraz polityczna się zaostrza. Do tego stopnia, że 16 grudnia ubiegłego roku przeprowadzona została nawet kombinacja operacyjna, mająca na celu dokonanie przesilenia politycznego, w następstwie którego Nasza Złota Pani zainstalowałaby w charakterze lidera sceny politycznej w naszym bantustanie polityczną ekspozyturę Stronnictwa Pruskiego, które pozycję tę utraciło w związku z powrotem naszego nieszczęśliwego kraju pod kuratelę amerykańską. Jak wiadomo, kombinacja operacyjna spaliła na panewce, również za sprawą notorycznego bęcwalstwa osobistości zaangażowanych w jej przeprowadzenie, za co - jak przypuszczam – zostały one obsztorcowane przez Naszą Złotą Panią, podczas odprawy, jaka 7 lutego odbyła się w Ambasadzie Republiki Federalnej Niemiec. Okazuje się jednak, że sprawa ma swój dalszy ciąg, rodzaj pokłosia, w postaci spraw sądowych. Oto do prokuratury wpłynęły doniesienia o przestępstwach, złożone przez Wielce Czcigodnych posłów: wojewodzica bydgoskiego Pawła Olszewskiego i Marka Suskiego. Chodziło o to, że obydwaj Wielce Czcigodni posłowie wpadli na siebie nawzajem podczas przepychanki, którą ubeckie stacje telewizyjne określiły mianem „walki o wolność mediów w Sejmie”. Trudno ustalić, kto pierwszy na kogo wpadł, bo właśnie prokuratura prowadzi w tej sprawie energiczne śledztwo; wojewodzic bydgoski, Wielce Czcigodny Paweł Olszewski twierdzi, że kiedy grono opozycyjnych posłów wznosiło chóralne okrzyki: „wolne media”, Wielce Czcigodny Marek Suski „wylądował” właśnie na nim – ale bez intencji seksualnego wykorzystania tej sytuacji - podczas gdy Wielce Czcigodny Marek Suski utrzymuje, że to poseł-wojewodzic najpierw go popchnął, a potem przewrócił – chociaż też bez intencji seksualnego wykorzystania tej sytuacji. Jak tam było, tak tam było – zawsze jakoś było, bo – jak twierdził dobry wojak Szwejk – jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. Nie ma jednak potrzeby wyręczania prokuratury; niech nadal prowadzi energiczne śledztwo, a potem przekaże sprawę niezawisłemu sądowi, który – rozumiejąc powinność swej służby – sprokuruje piękne wyroki. Ile pieniędzy będzie kosztowało podatników wyjaśnienie tego incydentu i zadośćuczynienie sprawiedliwości – to sprawa osobna – ale właśnie dlatego system podatkowy jest akurat „uszczelniany”, żeby uzyskane w ten sposób dodatkowe środki skierować na sprawy naprawdę ważne. A cóż może być ważniejsze, niż zadośćuczynienie sprawiedliwości?

Wprawdzie czasu cofnąć się już nie da, ale co nam szkodzi puścić wodze fantazji i pomarzyć, że oto wracamy do czasów nie bez powodu zwanych „belle epoque”, kiedy to na osobach pretendujących do przynależności do lepszego towarzystwa, ciążyły pewne obowiązki. Teraz takie osoby żadnych obowiązków już nie mają, co więcej – nawet zabezpieczyły się ustawowo przed ponownych ich na nie nałożeniem. Mam oczywiście na myśli penalizację pojedynków. Jeśli ktoś z towarzystwa poczuł się obrażony, to posyłał do obrażającego sekundantów, którzy w jego imieniu wyzywali go na pojedynek. Każda próba wymigania się od pojedynku skutkowała utratą honoru, więc nikt, kto miał odrobinę szacunku dla siebie, nawet nie myślał, by się od obowiązku dania satysfakcji uchylić i to nawet w sytuacji, gdy wyzywający ewidentnie nie miał racji. Adam Grzymała-Siedlecki wspomina o wypadku, gdy w jednym z pensjonatów w Krynicy jakieś towarzystwo grało w karty, czemu przyglądali się przygodni kibice. W pewnej chwili jeden z widzów zauważył, że jeden z grających oszukuje. Podszedł do niego i powiedział: vous trichez, Monsieur – co się wykłada – pan oszukuje, mój panie! Zaczepiony odłożył karty i powiedział: nie wiem, w jakim celu informuje mnie pan o czymś, o czym przecież nie mogę nie wiedzieć - po czym wyzwał go na pojedynek i w tym pojedynku zabił. Temu zabitemu ani przez chwilę nie przyszło do głowy, że może odmówić satysfakcji nawet szulerowi, więc można powiedzieć, że zginął za swoje przekonania. Warto dodać, że w tej epoce ludzie, przynajmniej należący do tzw. „wyższej sfery” byli dla siebie bardzo uprzejmi, bo nigdy nie było wiadomo, czym może skończyć się nawet najdrobniejsza nieuprzejmość.

Teraz, jak wspomniałem, Umiłowani Przywódcy nie tylko przestali się pojedynkować, ale w dodatku zabezpieczyli się ustawowo przed ponownym nałożeniem na nich takiego obowiązku w przypadku obrazy. W rezultacie rozwinęło się pieniactwo, podobnie jak w czasach saskich, kiedy według współczesnych, pojedynki zanikają, zastępowane przez burdy – wypisz, wymaluj podobne do tej, w której uczestniczyli obydwaj Wielce Czcigodni. Toteż wielkim wydarzeniem był pojedynek wojewody lubelskiego Adama Tarły z Kazimierzem Poniatowskim, bratem późniejszego króla Stanisława Augusta. W 1743 roku, na balu u marszałka Bielińskiego, wojewodzie Tarle wpadła w oko Anusia Lubomirska, z którą zatańczył pierwszy taniec, a do drugiego poprosił Izabelę Poniatowską. Ta, na polecenie matki, odmówiła, głośno sugerując, by Tarło i drugi taniec zatańczył z Anusią. Porywczy wojewoda wykrzyknął wtedy: kto z jejmość panną wojewodzianką mazowiecką pójdzie w taniec, będę go miał za szelmę! Wówczas Konstancja Poniatowska natychmiast kazała swemu synowi Kazimierzowi zatańczyć z siostrą, a wtedy Tarło krzyknął doń: jesteś szelma! Obydwaj porwali się do szpad (bo byli po francusku), ale wstrzymał ich swoim strasznym wzrokiem marszałek Bieliński. Pojedynek tedy odbył się później pod Piasecznem i po pistoletach przyszło do szabel. Kazimierz widząc szablę Tarły nad swoją głową krzyknął: kocham pana wojewodę! - na co Tarło schował szablę i wkrótce rozpoczęła się pijatyka. Kiedy jednak Kazimierz wrócił do matki, ta dowiedziawszy się o przebiegu pojedynku, uderzyła go w twarz i kazała wyzwać Tarłę. Do ponownego pojedynku doszło dopiero w marcu 1744 roku; w obecności „całej Warszawy” na Marymoncie Kazimierz zabił Tarłę, który zdążył tylko krzyknąć: Oh, mon Dieu! Ach, gdyby tak odżyły dawne obyczaje, to i „cała Warszawa” miałaby za swoje udręki jakąś rozrywkę i w Sejmie pojawiłyby się wakaty – ale co tam marzyć o tym!

Źródło: www.michalkiewicz.pl


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(8 głosów)



Ostatnio zmieniany Sobota, 25 luty 2017 14:06