Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka Manowce walki o praworządność
Kategoria: Publicystyka   Niedziela, 24 wrzesień 2017 09:00 Autor: Katarzyna

Manowce walki o praworządność

Batalia o praworządność w Polsce, w miarę przybliżania się decydującego starcia, coraz bardziej się komplikuje. Bo decydujące starcie nastąpi po wyborach w Niemczech, w następstwie których Nasza Złota Pani Adolfina zostanie kanclerzem na kolejną kadencję, pozostawiając w nieutulonym żalu swego rywala Martina Schulza, przy którym wygląda, jak gołębica pokoju. Komplikowanie się batalii o praworządność w Polsce w miarę przybliżania się decydującego starcia wydaje się zgodne z rewolucyjną teorią, a zwłaszcza jej częścią, przedstawioną w spiżowych słowach przez Józefa Stalina, że w miarę postępów rewolucji zaostrza się walka klasowa. W przypadku walki o praworządność nie chodzi oczywiście o żadną „walkę klasową”, bo jeśli nawet uznać, że sędziowie są „kastą” to – używając pojęć z zakresu rewolucyjnej teorii – nie są „kastą dla siebie”, tylko co najwyżej - „w sobie”, a i to nie jest pewne, bo przecież „kasta” jest tylko narzędziem, rodzajem mięsa armatniego, przy pomocy którego niemiecka BND i stare kiejkuty na jej usługach, zamierza rozbić tubylczy rząd. Oczywiście dla Naszej Złotej Pani, która po objęciu po raz pierwszy urzędu kanclerskiego w Niemczech, zawiesiła sobie w gabinecie portret Katarzyny Wielkiej, utrzymywanie w Polsce stanu anarchii jest jak najbardziej na rękę, a że utrzymaniu tego stanu sprzyja dążenie „kasty” do zachowania całkowitej niezależności od jakiegokolwiek konstytucyjnego organu państwa, które tylko ma im płacić, to nic dziwnego, że Nasza Złota Pani dążenia te popiera i w tym duchu inspiruje obydwu niemieckich owczarków przewodniczących Komisji Europejskiej.

Jak pamiętamy, kiedy pan prezydent Duda po 45 minutowej rozmowie z Naszą Złotą Panią zapowiedział zawetowanie dwóch ustaw „sądowych”, a potem je zawetował, do Belwederu przygalopowała pani Pierwsza Prezes Sądu najwyższego Małgorzata Gersdorf i po rozmowie z panem prezydentem wyszła cała w skowronkach. Najwyraźniej została poinformowana, że wszystko zostanie po staremu, więc na zasadzie: „róbmy sobie na rękę”, Sąd Najwyższy 1 sierpnia „zawiesił” postępowanie w sprawie przedterminowego ułaskawienia pana Mariusza Kamińskiego. Wśród folksdojczów i pożytecznych idiotów, co to myślą, że z tą praworządnością to wszystko naprawdę, rozległ się jęk zawodu. Bo rzeczywiście – jak określiła to pani Krystyna Janda – było to jak „nasranie na twarz” - no ale życie, to jest bitwa. W zamian za obietnicę zachowania stanowisk w obliczu zapowiedzianej przez złowrogiego ministra Ziobrę kuracji przeczyszczającej, Sąd Najwyższy uczynił ofiarę z własnych przekonań, pokazując nie tylko, że jest przekupny, ale nawet – za ile. Wkrótce potem poszedł jeszcze dalej, uchylając się od odpowiedzi na proste pytanie przedstawione przez Sąd Apelacyjny w Warszawie – czy mianowicie pani sędzia Julia Przyłębska jest czy nie jest prezesem Trybunału Konstytucyjnego. Przypomina mi to opowieść Janusza Korwin-Mikke, że jako wiceprzewodniczący sejmowej komisji obrony narodowej, na posiedzeniu Komitetu Obrony Kraju, uzyskał cztery sprzeczne odpowiedzi na proste pytanie – kto mianowicie dowodzi w Polsce wojskiem. Nic dziwnego, że i Sąd Najwyższy nie jest pewny, czy pani Przyłębska jest czy nie jest prezesem TK, bo czy na tym świecie pełnym złości można być pewnym czegokolwiek? Toteż kiedy pani prezes Gersdorf została zaproszona na uroczystość zaprzysiężenia sędziego TK Justyna Piskorskiego, zgodnie ze starożytną sentencją: si in ius vocat ito, co potocznie się wykłada, że jeśli wołają, to trzeba iść. Aliści tego już było za wiele nie tylko walczącej o praworządność „kaście”, tego było już za wiele S(r)alonowi, który w walkę o praworządność zmobilizował całe stado autorytetów moralnych i postaci „legendarnych”, no i wreszcie - starym kiejkutom, które wprawdzie stręczą się panu prezydentowi Dudzie z amicycją, ale jej zakres chcą dozować same, więc niczyich, nawet pani Małgorzaty Gersdorf, samowolek tolerować nie będą. Toteż na widok pani prezes na belwederskiej uroczystości rzecznik Sądu Najwyższego wyraził przypuszczenie, że pani prezes jest „przepracowana” i chociaż przez modestię nie precyzował, kto tak panią prezes „przepracował”, to S(r)alon i autorytety w niezależnych merdiach już takie powściągliwe nie były i nie szczędziły pani prezes słów pełnych goryczy, że do tego stopnia zapomniała, skąd wyrastają jej nogi, że wzięła udział w zaprzysiężeniu „dublera” - jak nazwano sędziego Justyna Piskorskiego. Słowem - dajemy ciała, jak inaczej nie można – ale w granicach przyzwoitości. Nie można bowiem zapominać, że S(r)alon skupia samych przyzwoitych, co to rozpoznają się nawzajem po specyficznym zapachu. Okazało się, że „banda nie przebacza”, więc pani prezes Gersdorf złożyła piękną samokrytykę, niczym za Stalina – że mianowicie, był to „błąd” - ale nie aż taki, żeby obrzucać ją aż tyloma wyzwiskami. Zapewniła przy tym, że nadal nieugięcie stoi na nieubłaganym stanowisku, słowem – że wraca do karnych szeregów.

Ale błąd pani Gersdorf może nie mieć takich konsekwencji, jak błąd rządu, który – oczywiście nie bezpośrednio, tylko za pośrednictwem PR-owskiej firmy, ale zasilanej pieniędzmi ze spółek Skarbu Państwa, rozkręcił zupełnie niepotrzebną kampanię propagandową przeciwko „kaście” sędziowskiej. Niepotrzebną – bo niechęci znacznej części opinii publicznej do sędziów i sądów wcale nie trzeba było ekscytować propagandowo, ponieważ najlepszym sojusznikiem rządu była arogancja tego środowiska, agentura i korupcja w sądownictwie. W rezultacie pani Hanna Gronkiewicz Waltz, dotychczas desperacko przytrzymująca majtki, które złowrogi wiceminister Patryk Jaki próbuje jej ściągnąć na oczach całej Polski za pośrednictwem komisji badającej nadużycia przy tzw. „reprywatyzacji” w Warszawie, nabrała otuchy i wigoru, zapowiadając „wszczęcie postępowania” w sprawie „afery bilboardowej”. Teraz PO będzie licytowała się z PiS-em o różnicę łajdactwa.

Ale nie tylko pani Gersdorf i nie tylko rządowi przytrafił się błąd. Podobny, chociaż oczywiście innego rodzaju, przytrafił się pobożnemu wicepremierowi Gowinowi, który 19 września zaprezentował w Krakowie projekt ustawy o reformie szkolnictwa wyższego. Mniejsza w tej chwili o jego treść, bo istotne jest co innego – że mianowicie pan wicepremier Gowin swojego projektu nie konsultował ani z rządem, ani z klubem parlamentarnych PiS – co nie bez nieprzyjemnego zaskoczenia ujawnił wicemarszałek Terlecki. Najwyraźniej pobożny wicepremier Gowin, którego trzódka partyjna po prezydenckim wecie oświadczyła się panu prezydentowi z „wielkim zrozumieniem” jego decyzji, chce doprowadzić do sytuacji, w której prezes Kaczyński go z klubu PiS i z rządu wyrzuci – żeby nie brać tej decyzji na własne, wrażliwe i delikatne sumienie. Rzecz w tym, że sejmowa trzódka pobożnego wicepremiera Gowina liczy 9 posłów, więc gdyby tak pan prezes Kaczyński pobożnego wicepremiera Gowina wyrzucił z rządu, to Klub Parlamentarny PiS, po odejściu 9 posłów, mógłby utracić sławną większość, na której tyle buduje. Klub PiS do 20 września liczył bowiem 234 posłów, a więc zaledwie czterech ponad połowę, więc po odejściu 9 posłów liczyłby tylko 225 szabel. To by oznaczało, że samodzielnie nic już nie może przeforsować, a tylko – administrować pogłębiającym się kryzysem, a i to do momentu, w którym opozycja by się skonsolidowała i rząd obaliła. Toteż kiedy 20 września dwie posłanki „republikańskie” Anna Siarkowska i Małgorzata Janowska, wybrane z listy „Kukiz 15”, w kręgach rządowych zapanowała radość. W ten sposób zaczyna sprawdzać się prognoza, według której przeznaczeniem klubu Kukiz 15 będzie dostarczanie PiS-owi organów do przeszczepów, a jednocześnie – że pan prezes Kaczyński będzie musiał podtrzymywać swój rząd metodą - nazwijmy to uprzejmie – łapanki.



Źródło: Stanisław MICHALKIEWICZ - strona autorska www.michalkiewicz.pl


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(3 głosów)



Ostatnio zmieniany Niedziela, 24 wrzesień 2017 19:27