Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka W tym szaleństwie - dwie metody
Kategoria: Publicystyka   Sobota, 14 październik 2017 09:00 Autor: Katarzyna

W tym szaleństwie - dwie metody

Od pewnego czasu koresponduję z pewnym Polakiem z Niemiec, który uważa, że postępowanie Naszej Złotej Pani Adolfiny w sprawie bisurmanów, nie było wynikiem jej głupoty, tylko łajdactwa, związanego z wykonywaniem zadania. Nasza Złota Pani rzeczywiście; puszek niewinności obtarła sobie jeszcze w komunistycznej FDJ, co niemiecki kanclerz Helmut Kohl (za jego czasów CDU wymyśliła slogan „nasz Helmut jest lepszy” - w odróżnieniu od Helmuta Schmidta, co to jako niemiecki kanclerz pochwalił generała Jaruzelskiego za wprowadzenie stanu wojennego, że „zaprowadził w Polsce porządek”) uznał za dobry zadatek na przyszłego kanclerza Zjednoczonych Niemiec. Ponieważ literatura wyprzedza tak zwane „życie”, to przypomnę spostrzeżenie Adama Mickiewicza z „Dziadów” części bodajże II, kiedy to przypadek pastereczki Zosi („przede mną bieży baranek, nade mną leci motylek...”) pointuje następująco: „Bo słuchajcie i zważcie u siebie, że według Bożego rozkazu, kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie znajdzie się w niebie.” Nie wiem, czy kanclerz Kohl czytał „Dziady”, ale jeśli nawet nie czytał, to o takich sprawach musiał wiedzieć skądinąd. A gdzież prędzej można by dotknąć ziemi i to w dodatku – miejsc szczególnie utytłanych – jak nie w NRD i w FDJ? Przypominam sobie mego przyjaciela – Niemca, architekta mieszkającego w Berlinie Wschodnim, który urodził się w 1943 roku w Mielcu. Kiedy już przyszliśmy ze sobą do jakiej-takiej konfidencji, powiedziałem mu: słuchaj, jeśli mamy się ze sobą przyjaźnić, to ja muszę wiedzieć, co twoi rodzice robili w 1943 roku w Mielcu. Nie obraził się i wyjaśnił, że jego ojciec – inżynier lotnictwa, został skierowany do pracy do zakładów lotniczych do Mielca, sprowadził tam żonę, no i on się tam urodził. Ja jego matkę jeszcze poznałem; bardzo miła starsza pani mieszkająca w Dreźnie; po polsku – jak mi powiedziała - pamiętała dwa słowa: cebula i buraki. Mój niemiecki przyjaciel do FDJ chyba nie należał, a w każdym razie tym się nie afiszował; zresztą rozmawialiśmy na wszystkie możliwe tematy bardzo szczerze. Powiedział mi m.in., że ma serdecznego, ale to takiego, naprawdę najlepszego przyjaciela. Ale kiedy rozmawialiśmy u niego w domu – jakże by inaczej? - o Hitlerze - i ten serdeczny przyjaciel zadzwonił do drzwi, to mój architekt natychmiast zmienił temat rozmowy na jakiś obojętny. Zrozumiałem, że przyjaciel – przyjacielem, ale minimum konspiracyjne obowiązuje. Wracając tedy do Naszej Złotej Pani Adolfiny, uprzejmie zakładałem, że te wszystkie głupstwa, jakie popełniła w związku z bisurmanami, te wszystkie powitania i tak dalej – bo oczywiście „kontyngentów” już tak uprzejmie nie traktowałem – że to wynika z głupoty, polegającej na uwierzeniu we własną propagandę, te wszystkie brednie, że „wszyscy ludzie będą braćmi”, te „multi-kulti” i tak dalej – a przecież w propagandę to maja wierzyć inni – ale nie jej producenci, na tej samej zasadzie, że kucharz sobie nie gotuje, a żołnierz sobie nie wojuje. Teraz jedna zastanawiam się, czy nie zmienić zdania i nie zgodzić się z moim niemieckim korespondentem, który od początku utrzymywał, że postępowanie Naszej Złotej Pani nie jest następstwem głupoty, a właśnie łajdactwa.

Skłaniają mnie do tego wniosku dwie przesłanki. Po pierwsze, inwazja bisurmanów MUSIAŁA doprowadzić – po pierwsze – do wzrostu przestępczości, a po drugie – do coraz częstszego występowania aktów terroru – bo niektórzy bisurmanowie, jeśli nawet nie są agentami wysłanymi przez Państwo Islamskie na podbój Europy – sami mogą odkryć w sobie wokację do świętej wojny w „niewiernymi”, no i zaczynają eliminować ich na własną rękę na zasadzie sformułowanej przez Stanisława Jachowicza: „Czyń każdy w swoim kółku, co każe Duch Boży, a całość sama się złoży”. Na to właśnie liczyli łajdacy-totalniacy z Unii Europejskiej, którzy wprzęgnęli jej instytucje w służbę komunistycznej rewolucji, prowadzonej według strategii zaproponowanej jeszcze w latach 20-tych XX wieku przez włoskiego komunistę Antoniego Gramsciego – i wymuszają na parlamentach państw członkowskich uchwalania ustaw „antyterrorystycznych”, które zmierzają do drastycznego ograniczania i tak już ograniczonego zakresu wolności osobistych. W naszym nieszczęśliwym kraju taka ustawa została uchwalona 10 czerwca 2016 roku, a więc już za „dobrej zmiany”, która jednak dlaczegoś tym osiągnięciem się nie przechwala. Przewiduje ona rozmaite dolegliwości, ale nie dla żadnych „terrorystów” - bo przecież na widok prawdziwego terrorysty nasi policjanci, z panem Dziewulskim na czele uciekaliby gdzie pieprz rośnie, podobnie jak angielscy gliniarze przed bisurmaninem uzbrojonym w nóż i – jak pamiętamy – dopiero jakiś niezbyt zresztą trzeźwy Angielczyk poskromił go przy pomocy zagranego z baru krzesła – tylko wobec zwykłych obywateli. Np. art. 9 ustawy – co prawda mający zastosowanie do osób nie będących obywatelami polskimi – nakłada na operatorów telefonii komórkowej obowiązek podsłuchiwania i utrwalania treści rozmów na polecenie szefa Abewiaków - ale przecież wiadomo, że taki obowiązek istnieje również w stosunku do obywateli polskich i nie trzeba do tego żadnego rozkazu szefa Abewiaków. Sam, na prośbę takich osiedlowych operatorów, już przed kilkoma laty, pisałem petycję do ministra infrastruktury, żeby rząd refundował im koszty takich operacji, bo w tym celu muszą utrzymywać „kancelarię tajną” i zatrudniać w niej ubeka z „certyfikatem dostępu do informacji niejawnych”. W ten sposób rząd przerzuca część kosztów utrzymywania ubeków na sektor prywatny. Jeśli już Abewiaki mają możliwość inwigilowania cudzoziemców na postawie art. 10 i 11 ustawy, to któż im się sprzeciwi, jeśli zachce im się wykorzystać te uprawnienia w stosunku do obywateli polskich? Niezawisły sąd? Wolne żarty – zwłaszcza, że nawet nie wiemy, ilu sędziów jest konfidentami ABW, która konsekwentnie odmawia ujawnienia materiałów operacji „Temida”, polegającej właśnie na werbunku agentury wśród sędziów już w tzw. „wolnej Polsce”.

Bardzo ciekawe są „stopnie alarmowe”: Alfa, Bravo, Charlie i Delta – co wskazuje na cudzoziemską inspirację tych legislacji. Oczywiście niezawisłe sądy też są włączone w te wszystkie przedsięwzięcia, więc na podstawie art. 26 ust. 2 niezawisły sąd na rozkaz prokuratora może każdego podejrzanego (a któż z nas nie jest podejrzany?) aresztować w areszcie wydobywczym na 14 dni, tylko na podstawie „samoistnej przesłanki uprawdopodobnienia” przestępstwa o charakterze antyterrorystycznym. Widać jak na dłoni, że Umiłowani Przywódcy, oczywiście dla naszego dobra, no bo jakże by inaczej – po cichutku, we wszystkich państwach członkowskich, wprowadzają regulacje, którymi nie pogardziłby ani Józef Stalin, ani Adolf Hitler. Jeśli dodamy to tego ustawę nr 1066, przewidującą udział zbrojnych formacji obcych państw w tłumieniu rozruchów w naszym bantustanie, to widać, że przy pozorach straszliwych kontrowersji, na naszych oczach rodzi się biurokratyczny internacjonał, który tworzy sobie właśnie narzędzia utrzymywania w ryzach swoich „suwerenów”.

Ale międzynarodówka biurokratyczna to tylko jeden i to nawet nie strategiczny cel – nawet gdyby Umiłowanym Przywódcom wydawało się, że jest inaczej. Bo oni są tylko „ślepym narzędziem przyrody”, wykorzystywanym przez światowy Judenrat do zlikwidowania historycznych europejskich narodów, które w latach 40-tych XX wieku przyglądały się holokaustowi. Toteż przez misje pokojowe i stabilizacyjne, wojny o pokój i tak dalej – sprowokowana została inwazja bisurmanów na Europę. Już sama przez się wywołuje chaos, prowokując Umiłowanych Przywódców żeby się „mniemaną potęgą nasrożyli” - ale to dopiero gra wstępna, po której nastąpi penetracja zasadnicza. Otóż kiedy bisurmanowie się już w Europie usadowią, któż zabroni im kreować się „narodem”, który – powołując się na świętą zasadę samostanowienia narodów” - proklamuje niepodległość bisurmańskiego kalifatu – jednego na obszarze północno-zachodniej części Hiszpanii i południowej Francji, drugiego – na obszarze pogranicza francusko-niemieckiego, a trzeciego – na obszarze Meklemburgii i Pomorza? Oduraczeni przez michnikowszczynę i zaprzątnięci sprawami swoich „macic” i „odbytnic” tubylcy mogą tego nawet nie zauważyć i w ten oto prosty, pokojowy i humanitarny sposób dokona się zemsta na Europie za holokaust. Kto wie, czy referendum w Katalonii nie jest wstępem do tej operacji, która w początkach może nawet wydawać się wstępem do realizacji ulubionej przez Naszą Złotą Panią Adolfinę koncepcji Europy dwóch prędkości? W takiej sytuacji nie mogą nie przyznać racji memu korespondentowi z Niemiec, że wykonuje ona zadanie – ale być może nie do końca zdaje sobie sprawę z jego prawdziwego celu – więc jednak i głupia też jest.



Źródło: Stanisław MICHALKIEWICZ


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(15 głosów)



Ostatnio zmieniany Sobota, 14 październik 2017 08:16