Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka Zwiastuny ciekawych czasów
Kategoria: Publicystyka   Wtorek, 30 październik 2018 08:01 Autor: Andreas

Zwiastuny ciekawych czasów

Stanisław Michalkiewicz Stanisław Michalkiewicz Media Wnet Wikimedia Commons CC BY-SA 2.0

Stanem naturalnym w stosunkach między państwami jest stan anarchii. To jest konsekwencją państwowej suwerenności, która oznacza, że państwo robi tylko to, co samo chce. Ale stan anarchii, zarówno w stosunkach społecznych, jak i w stosunkach między państwami nie jest trwały, ponieważ obok suwerenności, a więc zdolności państwa do samodzielnego ustanawiania własnych praw, jest też mocarstwowość, a więc – zdolność niektórych państw do ustanawiania własnych praw poza swoimi granicami. O ile zatem konsekwencją suwerenności jest stan anarchii w stosunkach między państwami, o tyle konsekwencją mocarstwowości są imperia, a więc obszary podlegające temu samemu reżimowi, albo w następstwie pozbawienia dotychczasowych państw suwerenności i wchłonięcia ich w granice mocarstwa, albo przy zachowaniu formalnej odrębności, ale politycznym podporządkowaniu. Imperia zatem są próbą eliminowania stanu anarchii w stosunkach międzynarodowych, a przynajmniej – jej ograniczania. To ograniczanie stanu anarchii może być skutkiem mocarstwowości, ale niekiedy – również suwerenności państwowej, kiedy państwo z własnej woli wchodzi w porozumienie z innymi państwami, że wszystkie one będą zachowywały się w określony sposób.

Mamy zatem w stosunkach międzynarodowych dwie przeciwstawne tendencje; z jednej strony anarchia, a z drugiej – porządek. Do niedawna wydawało się, że skłonność do wprowadzenia do stosunków międzynarodowych porządku zaczyna dominować. Wyrazem tej tendencji była utworzona po I wojnie światowej Liga Narodów, a Organizacja Narodów Zjednoczonych po wojnie światowej drugiej. Warto zwrócić uwagę, że w odróżnieniu od Ligi Narodów, ONZ charakteryzowała się zakamuflowanymi co prawda, niemniej jednak wyraźnymi elementami imperialnymi. Chodzi oczywiście o Radę Bezpieczeństwa, której stałymi członkami są mocarstwa nuklearne, dysponujące tam prawem weta. Działając jednomyślnie mogą one skutecznie narzucić każdemu państwu swoją wolę również w drodze zastosowania wobec niego przemocy, nawet jeśli takie państwo do ONZ by nie należało. Z członkami tej organizacji sprawa jest inna; podpisując Kartę ONZ wyraziły zgodę na te reguły, więc nie mogą twierdzić, że dzieje im się jakaś krzywda.

Wyłomu w tym systemie dokonała tzw. Doktryna Busha, według której Stany Zjednoczone przyznały sobie prawo prewencyjnego zaatakowania każdego państwa, którego postępowanie mogłoby zagrozić interesom amerykańskim. O ile przedtem stali członkowie Rady Bezpieczeństwa, jeśli nawet ze względu na własne interesy chcieli skarcić jakieś państwo i zmusić je do posłuszeństwa, to starali się o alibi w postaci rezolucji Rady, to Doktryna Busha już nie przewidywała takiej konieczności i Stany Zjednoczone mogły każdego skarcić bez takiego upoważnienia. Zatem doktryna ta oznaczała odwrót od poddania stosunków międzynarodowych jakiemuś porządkowi, ku stanowi anarchii. W tę samą stronę podążają kolejne wersje rosyjskiej doktryny wojennej, chociaż oczywiście zawiera ona zaklęcia o konieczności uprzedniego wykorzystania wszelkich możliwości pokojowych.

Ale w ciągu ostatnich 30 lat zmienił się światowy układ sił. O ile na początku lat 90-tych, po rozpadzie Związku Sowieckiego, wydawało się że świat będzie politycznie jednobiegunowy, to znaczy – Stany Zjednoczone, jako światowy hegemon, a potem – mocarstwa regionalne, to obecnie ta sytuacja jest już tylko wspomnieniem. Świat – używając chińskich kwiecistych określeń – wkroczył w „epokę walczących cesarstw”, które dążą do utarcia jakiegoś kompromisu z ich udziałem. Mamy zatem Cesarstwo Amerykańskie, mamy Cesarstwo Europejskie, Cesarstwo Rosyjskie, Cesarstwo Chińskie i Cesarstwo Indyjskie, a ponadto w kolejce czekają pretendenci np. w postaci Brazylii. Dodatkowym czynnikiem wpływającym na zmianę sytuacji jest fakt, że na pierwszą gospodarkę świata wyrastają Chiny. Wprawdzie USA, nazywane ongiś przez Chińczyków „Kum Szan”, czyli złota góra, nadal są na pierwszym miejscu jeśli chodzi o nominalny PKB (w 2017 roku 19 390 600 mln dolarów), ale Chiny szybko je doganiają (12 014 610 mln dolarów), wyprzedzając i to zdecydowanie Rosję (1 527 469 mln dolarów), jednak Chiny już teraz mają prawie 17- procentowy udział w światowej produkcji, w związku z czym nazywane są „fabryką świata”, z czym wiąże się pierwsze miejsce w światowym eksporcie. Wprawdzie prezydent Trump próbuje ściągać do USA przemysł, który wcześniej wyniósł się do Chin, ale nie wiadomo, czy to remedium będzie skuteczne, wobec chińskiego rozmachu.

Toteż w najbliższej, a zwłaszcza dalszej perspektywie, główny rywalem Stanów Zjednoczonych będą Chiny, a nie Rosja – podobnie jak wcześniej – Japonia. Otwarcie Japonii na światowy handel dokonało się w 1855 roku pod groźbą amerykańskich armat. Wystarczyło jednak 50 lat, by Japonia, już jako państwo uprzemysłowione, pokonała w 1905 roku Rosję. Toteż USA przez cały okres międzywojenny starały się blokować Japonii dostęp do źródeł surowców w przekonaniu, że w ten sposób będą mogły limitować tempo rozwoju Japonii.Ta z kolei postanowiła wyrąbać sobie dostęp do tych źródeł mieczem i uderzyła na Pearl Harbor w nadziei na zniszczenie amerykańskiej floty Pacyfiku i zainstalowanie się w strategicznych miejscach zanim Amerykanie tę flotę odbudują. Jak wiemy, skończyło się to kapitulacją po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Z Chinami sprawa jest bardziej skomplikowana, bo, podobnie jak USA, mają one broń jądrową i są zdolne do uderzenia odwetowego.

Tymczasem pod względem traktatowym można odnieść wrażenie, jakby świat zatrzymał się na „zimnej wojnie”, w której antagonistami były Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki, które w trosce, by wyścig zbrojeń nuklearnych nie wymknął się spod kontroli, próbowały budować tzw. „środki zaufania” w postaci traktatów o kontrolowaniu zbrojeń strategicznych. W 1987 roku prezydent Ronald Reagan i Michał Gorbaczow podpisali traktat , w którym obydwa państwa zobowiązały się, że nie będą posiadały, produkowały ani testowały rakietowych pocisków balistycznych pośredniego i średniego zasięgu. Teraz prezydent Trump zapowiedział odstąpienie od tego porozumienia, motywując to nieprzestrzeganiem go przez Rosję. Celem tego kroku jest powrót Stanów Zjednoczonych do produkcji tych pocisków. „Będziemy rozwijać tę broń, chyba, że Rosja i Chiny przyjdą do nas i powiedzą: postąpmy wszyscy naprawdę mądrze i niech nikt z nas tego nie robi. To jednak nie do przyjęcia, jeśli Rosja ją rozwija i robią to Chiny, a my przestrzegamy warunków porozumienia” - powiedział prezydent Trump. Zatem traktat INF z roku 1987 formalnie został wypowiedziany Rosji, ale tak naprawdę – ze względu na Chiny, które nie były, ani nie są jego sygnatariuszem. Jest rzeczą oczywistą, że ten krok doprowadzi do intensyfikacji wyścigu zbrojeń, w którym Stany Zjednoczone mają wprawdzie przewagę, ale już nie taką, jak kiedyś. Kiedy w 2008 roku byłem w Nowym Jorku, na lotnisku Kennedy’ego zauważyłem billboard z napisem: „Nie wolno izolować demokratycznych narodów”.

Chodziło o to, by do ONZ przyjąć Tajwan, jako niepodległe państwo. Najwyraźniej ktoś w Ameryce rozmyślał, czy bardziej opłaca się wykupować od Chińczyków amerykańskie obligacje rządowe, przy pomocy których USA pokrywały koszty operacji pokojowej i misji stabilizacyjnej w Iraku i Afganistanie, wynoszące średnio ok. 300 mln dolarów dziennie, czy też lepiej będzie sprowokować „małą zwycięska wojnę” o Tajwan. Gdyby bowiem okazała się ona rzeczywiście zwycięska, to nie tylko nie trzeba by wykupować obligacji, ale jeszcze można by na Chinoli nałożyć kontrybucję i wyssać od nich te 3 biliony dolarów, które sobie uzbierali. Ale wtedy, tzn. w 2009 roku USA miały budżet wojskowy 668 mld dolarów, co stanowiło więcej, niż suma budżetów wojskowych 17 najlepiej uzbrojonych państw świata. W roku ubiegłym USA wydały na wojsko 611 mld dolarów, ale Chiny – już 215 mld, a wydatki wojskowe USA były już tylko większe, niż połączone wydatki wojskowe 8 kolejnych państw – a nie 17, jak w roku 2009. Co do Rosji, to w roku 2009 na wojsko wydawała ona 61 mld dolarów, a w roku ubiegłym – 66,3 mld dolarów, więc w porównaniu z Chinami, które swoje wydatki wojskowe zwiększyły w tym czasie prawie trzykrotnie, Rosja w tym wyścigu pozostaje w tyle, to jest – na miejscu trzecim. Widać zatem, że przewaga USA ciągle się utrzymuje, ale z roku na rok topnieje, Jeśli zatem Ameryka zamierza załatwić „sprawy rodzinne”, to musi to chyba zrobić teraz, bo w przyszłości może być coraz trudniej. Najwyraźniej nadchodzą „ciekawe czasy”.



Źródło: Stanisław MICHALKIEWICZ


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(3 głosów)



Ostatnio zmieniany Wtorek, 30 październik 2018 08:36