Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka Scena polityczna się betonuje
Kategoria: Publicystyka   Środa, 07 listopad 2018 09:02 Autor: Andreas

Scena polityczna się betonuje

Stanisław Michalkiewicz Stanisław Michalkiewicz Media Wnet Wikimedia Commons CC BY-SA 2.0

Wszyscy rajcują się wyborami samorządowymi, czemu trudno się dziwić, bo przecież o synekury w radach i sejmikach ubiegało się prawie 185 tysięcy ambicjonerów, a o stanowiska wójtów, burmistrzów i prezydentów – prawie 7 tysięcy, więc jest się czym radować albo smucić. 185 tysięcy ludzi z bliższymi i dalszymi rodzinami, nie wspominając już o przyjaciołach, to co najmniej 2 miliony zainteresowanych, niekiedy nawet bezpośrednio, a w przypadku wójtów, burmistrzów i prezydentów ta liczba może być podobna, skoro na przykład warszawski ratusz zatrudnia podobno 22 tysiące urzędników. Gdzie indziej jest podobnie; świętej pamięci Pan Brat Stanisław Szczuka opowiadał mi o pewnej gminie na Podlasiu, w której liczba mieszkańców nie zmieniła się od 100 lat. Za czasów rosyjskich było tam 6 urzędników, wliczając w to stójkowego. Za czasów polskich – już 30, a obecnie – 60.

Wspominam o tym ze względu na frekwencję, która właśnie została uznana za „wysoką”, chociaż zaledwie przekracza 50 procent. Stawia to pod znakiem zapytania reprezentatywność samorządów, podobnie zresztą, jak Sejmu. Wprawdzie tylko idioci wierzą w zapisy, że suwerenem w naszym bantustanie jest „naród” - tym bardziej, że oto właśnie ETS w Luksemburgu zagrał „narodowi” na nosie, „zawieszając” do momentu ostatecznej decyzji ustawę o Sądzie Najwyższym i nakazując przyjęcie do pracy sędziów, którzy już udali się byli na spoczynek wieczny („może ktoś z państwa będzie tak grzeczny i się uda na spoczynek wieczny...”), a pan prezydent Duda pojechał w związku z tym do Niemiec, żeby się dowiedzieć, jak przekuć to w sukces, no i w ogóle – jak w tej sytuacji nawijać „suwerenowi” i mu kadzić – ale Sejm nadal uważany jest za przedstawiciela „narodu” i co gorsza – sam się za takiego uważa. Tymczasem nie jest to wcale takie oczywiste, bo skoro w ostatnich wyborach frekwencja wyniosła 50,92 proc. procent, to znaczy – że Sejm może reprezentować nie „naród”, tylko jego połowę. Ugrupowania reprezentowane w Sejmie zebrały 75,79 proc. głosów tej połowy, to znaczy – zaledwie 11 520 588. Tymczasem liczba uprawnionych do głosowania, czyli „naród” w rozumieniu konstytucyjnym, wynosiła prawie 31 milionów, zatem Sejm w obecnym składzie reprezentuje mniej więcej tylko jedną trzecią „narodu”. Czy w tej sytuacji można uważać go jeszcze za pełnomocnego przedstawiciela „suwerena”, czy za grono uzurpatorów. Najwyraźniej ETS skłania się do tego drugiego poglądu, co jest zrozumiałe tym bardziej, że ordynacja w wyborach do Sejmu nie przewiduje żadnego minimum frekwencyjnego, więc nawet gdyby w głosowaniu wzięli udział sami kandydaci i zagłosowali na siebie, to wybory byłyby wprawdzie ważne, ale nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania...”), że nie byłaby to żadna reprezentacja „suwerena”, tylko banda uzurpatorów.

Wspominam o tym wszystkim, bo wyniki wyborów samorządowych zostały uznane za sukces przez obydwa ugrupowania antagonistyczne: PiS i Platformę Obywatelska z przystawkami w rodzaju Nowoczesnej i partyjki pani Nowackiej, która najwyraźniej zerwała politycznie z panem Zandbergiem by zlać się z panem Schetyną. Otóż frekwencja wyniosła 51,3 proc. więc była nieco większa, niż w ostatnich wyborach do Sejmu. PiS uzyskał 32,3 proc, PO, zwana elegancko „Koalicją Obywatelską” – 24,7 proc, PSL – 16,6 proc. Kukiz 15 – 6,3 proc. Bezpartyjni Samorządowcy - 6,3 proc. SLD – 5,7 proc. - i tak dalej. Co z tego wynika? Ano, że scena polityczna z roku na rok coraz bardziej się betonuje, zmierzając w kierunku utrwalenia się systemu dwupartyjnego. Nie zmienia tego od razu wynik PSL, bo PSL, jeszcze za komuny, jako ZSL, zawłaszczyła gminy wiejskie i małomiasteczkowe, obsadzając tam wszelkie możliwe synekury. Tych synekur trzeba bronić, jak niepodległości, więc w wyborach samorządowych PSL zawsze ma wynik lepszy niż w parlamentarnych. Zatem scena polityczna zdominowana została przez dwie antagonistyczne partie, które w miarę kontynuowania politycznej wojny w Polsce, będą wchłaniały, albo eliminowały zalążki każdej alternatywy. Bo zarówno w interesie płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, jak i uczestników obozu zdrady i zaprzaństwa leży, by ani z jednej, ani z drugiej strony nie pojawiła się żadna polityczna alternatywa. Taka sytuacja leży również w interesie Niemiec, którym stan permanentnej wojny politycznej w Polsce jak najbardziej odpowiada, bo dzięki temu mogą dokazywać w naszym bantustanie na podobieństwo imperatorowej Katarzyny w wieku XVIII i cierpliwie i metodycznie osłabiać pozycję Polski w Europie. Obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm nie jest w stanie tego zmienić z powodu oddania się w macierzyńską niewolę Stanom Zjednoczonym, a za ich pośrednictwem – Żydom, którzy już przygotowują się do okupacji Polski w następstwie realizacji „roszczeń” majątkowych, czego Nasz Najważniejszy Sojusznik na podstawie ustawy nr 447 zobowiązał się dopilnować. Taka sytuacja jest też jak najbardziej na rękę Rosji, która na frymarczeniu Polską przez naszych przyjaciół i sojuszników, może tylko skorzystać. Warto przypomnieć odpowiedź jakiej udzielił podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych OBWE w Wiedniu w roku 1987 Edward Szewardnadze, minister spraw zagranicznych ZSRR – że ZSRR nie ma nic przeciwko zjednoczeniu Niemiec, a tylko stawia jeden warunek: by między ZSRR, a zjednoczonymi Niemcami została utworzona strefa buforowa. No to w tym właśnie kierunku wszystko zmierza, zwłaszcza gdy przypomnimy zagadkową uwagę Henry’ego Kissingera sprzed kilku lat, że za 10 lat Izraela może nie być. Nie oznaczało to bynajmniej, że Izrael rozpłynie się bez śladu w eterze, tylko, że zostanie przeniesiony w jakieś bezpieczniejsze miejsce. A czy może być lepsze miejsce od zachodniej Ukrainy i wschodniej Polski? To znakomity obszar do zainstalowania Judeopolonii, która w dodatku może z powodzeniem pełnić rolę „strefy buforowej” między zjednoczonymi Niemcami, a Rosją. Wymagałoby to amerykańskiego uznania rozbioru Ukrainy. Teraz oczywiście nie ma o tym mowy, ale kiedy patrzymy, jak prezydent Donald Trump się waha, czy uwierzyć w informację podaną przez Arabię Saudyjską w sprawie śmierci dziennikarza w jej konsulacie w Stambule, czy też nie uwierzyć – ale co wtedy? Pokazuje to, że w imię racji stanu można uwierzyć we wszystko, a „uzasadnienie znajdą już panowie koledzy z Wydziału Prawnego” - jak zauważył ks. prof. Stefan Pawlicki. I dopiero na tym tle możemy ocenić smakowitość precedensowego orzeczenia niezawisłego NSA w Warszawie, który po 70 latach i w 29 roku „wolnej Polski” zatwierdził nacjonalizację majątku rodziny Grocholskich w podwarszawskich Michałowicach. Bo u podstaw systemu prawnego „wolnej Polski” leżą dekrety nacjonalizacyjne, co wygląda mniej więcej tak, jakby fundamentem systemu prawnego RFN były hitlerowskie ustawy norymberskie. Ale po co oddawać znacjonalizowane majątki polskim rodzinom, kiedy już wkrótce osiądzie na nich szlachta jerozolimska?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.



Źródło: Stanisław MICHALKIEWICZ


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(8 głosów)



Ostatnio zmieniany Środa, 07 listopad 2018 10:32