Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka 20 lat NATO w Polsce: Racja stanu
Kategoria: Publicystyka   Piątek, 08 marzec 2019 08:05 Autor: Andreas

20 lat NATO w Polsce: Racja stanu

20 lat NATO w Polsce: Racja stanu Nicolas Raymond/Flickr/CC BY 2.0 (3)

Która z głównych opcji politycznych — od lewa do prawa — by nie wypowiadała się na ten temat, słyszymy zawsze to samo. Jeśli powstaje spór, to tylko o to, kto położył największe zasługi abyśmy się w tym sojuszu znaleźli.

Ale nawet nad prawdami wiary warto się czasem zastanowić.

20 lat temu, kiedy finalizowała się sprawa członkostwa Polski w NATO był to przede wszystkim widoczny znak, że oto dobiega końca kolejny etap wędrówki ze Wschodu ku upragnionemu Zachodowi. Przyprawiony oficjalną argumentacją — do dziś powtarzaną — że oto Polska znalazła się w „systemie zbiorowego bezpieczeństwa".

I mniej oficjalną, ale dla wszystkich czytelną, że oznacza to definitywne zerwanie więzów już nie z ZSRR, który w tym momencie nie istniał, ale z Rosją.

Wprawdzie baz na terenie Polski miało nie być, ale artykuł 5, mówiący, że agresja wobec któregokolwiek z członków Sojuszu jest agresją wobec wszystkich pozostałych sprawiał, że czuliśmy miłe ciepło, że nie jesteśmy sami. Bo tego baliśmy się najbardziej.

Dlaczego warto o tym przypominać? Dlatego, że naiwnością byłoby uważać, że droga, na którą Polska weszła w 1989 r. doprowadzi ją gdzie indziej. Odosobnione głosy, że może wcale członkostwo w NATO nie jest konieczne, były głosami wołających na puszczy. Wyjątkami potwierdzającymi regułę. Wyśmianymi i zignorowanymi: bo ten to rusofil, tamten — naiwny pacyfista, a ów — jeszcze inny jakiś niedorzecznik.

Zastanawiać się zatem, co by było, gdyby Polska do NATO nie wstąpiła nie ma większego sensu. Jeśli by Polska miała do Sojuszu nie wstąpić, to tylko dlatego, że Sojusz w 1999 r. mógłby jej nie chcieć. Ale w 1999 r. Sojuszowi było w gruncie rzeczy wszystko jedno — sam się zastanawiał, czy wraz z rozpadem bipolarnego świata ma on jeszcze rację bytu. Więc się zgodził. Zgodziła się i Rosja, która miała swoje własne problemy. A Polska dostała, co chciała.

Szybko okazało się, że „zbiorowy system bezpieczeństwa" działa w dwie strony.

Niecałe dwa lata po akcesji Polski do NATO okazało się, że to nie nas trzeba bronić, ale Wuja Sama, na którego podstępnie napadli kryjący się w Afganistanie islamiści.

Ale — choć w wymiarze stricte militarnym niewielki mógł być nasz wkład — radośnie włączyliśmy się w operację NATO w Afganistanie, czując się tam do czegoś potrzebni. Nawiasem mówiąc, ciekawe, czy komukolwiek przyszła wówczas do głowy myśl, że jak dekadę wcześniej w wojnę w tym kraju — i przeciw, w gruncie rzeczy, tym samym siłom islamskiego fundamentalizmu — uwikłany był Związek Radziecki, nie oczekiwał pomocy ze strony swoich sojuszników… Ale dzięki temu Sojusz zdołał się redefiniować, znaleźć dla siebie rolę, nawet jeśli zimna wojna była już tylko sprawą przeszłości. Prawdopodobnie zresztą dzięki operacji w Afganistanie Sojusz Północnoatlantycki w ogóle nie przestał istnieć, lub nie przekształcił się w jakiś luźny pakt.

Od przystąpienia do NATO Polska przez kolejne lata — czy uważała się za kraj zagrożony w jakikolwiek sposób, czy nie — ochoczo i bezdyskusyjnie afirmowała Sojusz i swoje w nim członkostwo.

Bo przecież to kluczowy element „polskiej racji stanu". Pozwalając, aby ominęła ją tocząca się w Europie dyskusja nad przyszłością NATO i jego charakterem i rzeczywistymi celami. Dla nas był to zawsze „system zbiorowego bezpieczeństwa" — tak jak to napisano.

W Warszawie — inaczej niż w Berlinie czy Paryżu — myśl o tym, że być może Sojusz jest czym innym, a nie tym czym mieni się „at face value", nikomu do głowy nie przychodziła. Na przykład taka, że może Sojusz to wcale nie żaden „system" ani czegokolwiek „zbiorowego", ale instrument w rękach jednego z jego państw członkowskich.

A nawet jeśli — to co?

Przecież uważanie tego właśnie państwa za naszego najpotężniejszego obrońcę to kolejny składnik „polskiej racji stanu", nie mówiąc o tym, że produkt naszej mentalności, która każe nam podejrzliwie przypatrywać się się naszym zachodnioeuropejskim sojusznikom. Bo przecież wcale nie wiadomo, czy gdyby dobry Wuj Sam nie kazał, to czy oni by nas przed czymkolwiek bronili?

Bo to nawet nie zapatrzenie w Sojusz Północnoatlantycki, ale wiara w to, że stoi za nim właśnie dobry i potężny Wuj czynił go zawsze tak dla nas atrakcyjnym. Do tego stopnia, że gdy pojawiały się kolejne wojny, wobec których wśród państw NATO nie było jednomyślności, czy brać w nich udział, czy nie, zawsze chętnie braliśmy stronę Stanów Zjednoczonych, nawet jeśli powiedziano nam, że „straciliśmy okazję aby siedzieć cicho".

Wydawać by się mogło, że po 2014 r., kiedy to sytuacja na wschodzie Europy zaogniła się, owa bezrefleksyjna i apriorycznie afirmatywna postawa wobec Sojuszu znajduje swoje potwierdzenie. Że nielicznym niedowiarkom kwestionującym zaangażowanie w NATO, zaś w jego obrębie stanie twardo przy Wuju Samie przeciwko wszystkim, którzy na przykład nie palą się do tego, aby powiększać swoje budżety obronne, ani opłacać się Amerykanom za ochronę.

Wręcz przeciwnie — pokażemy im, jak trzeba. Budżet powiększymy, za „Fort Trump" gotowi jesteśmy płacić. Tylko co z tego wynika? Czy zwiększone bezpieczeństwo? Nie tylko zbiorowe, ale przede wszystkim nasze własne? Odpowiedź na to pytanie wcale nie wydaje się tak oczywista, jak głosi to oficjalna wykładnia.

Bo oczywiście, w hipotetycznym zbrojnym konflikcie między Waszyngtonem a Moskwą będziemy państwem frontowym. I nie łudźmy się — jeżeli by do niego miało dojść, nie będzie to konflikt o kawałek terytorium między Bugiem a Odrą, który straszny demiurg zła — Władimir Władimirowicz Putin — miałby ochotę połknąć, ryzykując sprowokowanie globalnego konfliktu.

Tak ważni może jesteśmy we własnych oczach, ale nie w oczach strategów decydujących o działaniach supermocarstw na kolizyjnych trajektoriach. Domagając się natowskich — czyli w tym akurat przypadku amerykańskich — baz w Polsce, marząc (szczęśliwie przynajmniej po cichu lub co najwyżej w izolowanych nieodpowiedzialnych wypowiedziach) o rozlokowaniu tu broni jądrowej i twierdząc, że w ten sposób wzmacniamy własne bezpieczeństwo, wystawiamy się tymczasem na tym większe ryzyko. Bo w ten sposób stajemy się celem potencjalnego uderzenia. Takiego, po którym Pola Flandrii po czterech latach wojny pozycyjnej sprzed stu lat czy też może i dzisiejsza Syria, wydałyby się idyllicznym parkiem krajobrazowym.

Oczywiście — że do takiego konfliktu dojdzie jest nie tylko hipotetyczne, ale też raczej mało prawdopodobne, mimo narastających napięć i rozmontowywania globalnych zabezpieczeń takich jak traktat o zakazie rakiet średniego i pośredniego zasięgu.

Ten konflikt — wielopłaszczyznowy i z udziałem wcale nie tylko dwu rozgrywających —  już się toczy.

I to w mniejszym nawet stopniu na obszarach, gdzie dochodzi do militarnej rywalizacji — jak choćby w Syrii czy na innych polach globalnej szachownicy — ale przede wszystkim w mózgach strategów i analityków, w ich systemach obliczeniowych przetwarzających masę symulacji i projekcji, w wyścigu technologicznym, gospodarczym i dążeniu do kontroli zasobów.

Już na obecnym etapie jest to swego rodzaju „zimna wojna 2.0", rozgrywana według tych samych reguł. I choć jest toczona w innym otoczeniu technologicznym, rządzi się tymi samymi prawami, w myśl których zamiast toczyć walkę w świecie rzeczywistym, starczy pokazać kartkę papieru, z której wynika, kto powinien ustąpić.

Ale im większe napięcie, tym większa możliwość wybuchu otwartej wojny.

A nawet jeśli prawdopodobieństwo takiego obrotu rzeczy wynosiłoby tysięczną część promila, to ochocze wmanewrowywanie się w stanie się obszarem, na którym się ona rozegra wydaje się raczej mało rozsądne. Bo oznacza, że chcemy móc wszystko przegrać i nic nie wygrać. Tak strasznie podoba się nam rola pionka w centrum szachownicy, który służy tylko do tego, aby go poświęcić?

A co do tego ma członkostwo w NATO?

Podobnie jak 20 lat temu, tak i teraz nie ma sensu o nim dyskutować, bo jest faktem. Przypuszczenie, że Polska by miała Sojusz opuścić, jest absolutnie pozbawione realizmu. Ale być w NATO można jak dzisiejsza Polska, można być jak Turcja, można być jak Niemcy, czy jeszcze na inny sposób. Aby nie rezygnować z politycznej samodzielności, która akurat w takim miejscu, w którym Polska leży, i w takim otoczeniu, które nie zniknie, z takimi sąsiadami, jakich mamy i mieć będziemy, i w tak napiętej sytuacji — jest absolutnie niezbędna. I tej samodzielności nie zastąpi ani „iluzja zbiorowego bezpieczeństwa", ani wiernopoddańcze realizowanie wytycznych z Waszyngtonu.

Bo racją stanu nie powinien być fetysz, w który chcemy wierzyć, ale zdolność do samodzielnego myślenia, z której podpisanie jakiegokolwiek traktatu nie zwalnia.

Grzegorz Waliński, polski publicysta, Warszawa

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.



Źródło: Sputnik Polska 


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(4 głosów)



Ostatnio zmieniany Piątek, 08 marzec 2019 10:27