Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka Czy Europa pogodzi Polskę z Rosją?
Kategoria: Publicystyka   Piątek, 20 wrzesień 2019 14:06 Autor: Andreas

Czy Europa pogodzi Polskę z Rosją?

Czy Europa pogodzi Polskę z Rosją? Piotr Drabik/Flickr/CC BY 2.0

Po czym poznać, że ktoś jest analitykiem? Bo dokładnie potrafi z sześciu stron naświetlić co się wydarzyło i z żadnej – co dopiero może nastąpić.

A po czym odróżnić, że dany analityk jest z Polski? Po parotygodniowym co najmniej opóźnieniu i naświetlaniu wyłącznie tego, co wyczytał w wyznawanych przez siebie opracowaniach zachodnich. Ze szczególną dotkliwością definicja ta sprawdza się zaś w Polsce na odcinku wschodnim.

Pinokio wierzy, że jest chłopcem…

Wbrew wszelkim bowiem pozorom – Polska nie ma własnej polityki wschodniej. To znaczy, oczywiście udaje, że takową posiada, ba, że jest w ogóle pionierem i liderem rosjoznawstwa na świecie.

Sęk w tym jednak, że to… nieprawda. Faktycznie, dodajemy jakieś swoje emocje, polonizujemy wyselekcjonowanymi zdarzeniami historycznymi, ale tylko to, co podyktują nam inni. Stąd i jakieś cienie odprężenia sprzed blisko już dekady, i ostatnie przypływy rusofobii i teraz pojawiające się wezwania do kolejnego Détente – nie są niczym więcej niż tylko echem tendencji dominujących w polityce światowej. Rzecz jasna – ze wspomnianym już typowo polskim opóźnieniem.

To znaczy, mówiąc prościej, kiedy Donald Tusk przechadzał się z Władymirem Putinem po Westerplatte, niemal dokładnie 10 lat temu – to przecież nie z impulsu serca ani dla jakiegoś przebłysku geopolitycznego rozsądku, tylko ze względu ówczesne nastawienie tak Waszyngtonu, jak i Brukseli oraz Berlina, sprowadzające się do taktyki wciągania Rosji w orbitę wpływów „świata demokratycznego kapitalizmu”.

Celem było więc wzmacnianie zapadnickich skłonności w samej Rosji, a metodą m.in. technika małych gestów, wykonywanych rękoma chłopców na posyłki – w tym Polski.

Metoda ta po dziś dzień nie uległa zmianie, a ściślej chwyty są te same, tylko zwrot w ostatnich latach był przeciwny. Ci sami chłopcy dostali więc do rąk szabelki, którymi wymachiwali na Wschód znowu, nie z powodu naturalnych wojowniczych skłonności, nie dla żadnych celów polskich (choćby opacznie rozumianych) – tylko dlatego, że tak kazali zachodni sponsorzy.

Zrozumienie całkowitej niesamodzielności III RP jest kluczowe dla jakichkolwiek rozważań o możliwych zwrotach geopolitycznych i dyplomatycznych z udziałem naszego kraju. I choć spostrzeżenie to przecież całkowicie oczywiste dla wszystkich zewnętrznych obserwatorów – to ze zrozumiałych względów samym Polakom mówi się tę prawdę raczej niechętnie i formie zawoalowanej. Cóż, pewnie żadna kukiełka nie lubi przecież słuchać, że jest z drewna…

Rusofobia jest passé

Rozważania co dalej w relacjach polsko-rosyjskich, skoro gorzej być prawie nie może – jednak się bardzo rzadko, ale pojawiają. Z taką właśnie cichą sugestią, że nasza rusofobia jako punkt pierwszy racji stanu – jest już nieco passé, bo wyglądamy z nią jak ten gość, który dalej ciągnie „Sto lat…” choć cała sala śpiewać już przestała.

Mówiąc zaś wprost – zaczyna się tłumaczyć Polakom, że skoro sami nie umiemy ułożyć sobie relacji z Rosją, to ktoś to znowu zrobi za nas. I tak mniej więcej można odczytać kolejną wycieczkę jednego z bardziej wpływowych ośrodków głównego nurtu, Fundacji Batorego, na wody tematyki wschodniej[i].

Oczywiście, jest to teza dość bezczelna – bo nie tyle Polacy nie umieją się porozumieć z Rosjanami, tylko ktoś nam to stale i bardzo skutecznie utrudnia i jest to zapewne ten sam ktoś, kto potem załamuje ręce nad rzekomym polskim brakiem rozsądku i geopolitycznego obycia.

Same obserwacje p. dyr Pełczyńskiej-Nałęcz są jednak całkiem ciekawe, może mało odkrywcze, ale jak na przedstawicielkę głównego nurtu – naprawdę zadowalające. Oto bowiem szefowa Forum Idei Fundacji Batorego przyznaje, że era przedstawiania Rosji jako „Imperium Zła” dobiega końca, może nie bezpowrotnie, ale na pewno na długo i to w związku z aż dwoma długofalowymi czynnikami. Po pierwsze – zmianą hierarchii celów amerykańskich, a po drugie – reorientacją (docelowo być może nawet reorganizacją) Unii Europejskiej.

Czy Rosja znowu uratuje Zachód?

Rzeczywiście, pytanie czy Rosja zemści się dziś na Chinach za ping-ponga Mao z Nixonem – pozostaje jedną z najważniejszych kwestii geopolitycznych świata. Rosjanie decydujący się zaakceptować dość już czytelną ofertę amerykańską i przyjmujący rolę skrzydłowego USA w rozgrywce reakcyjnego kapitalizmu przemysłowego à la Donald Trump przeciw rodzącemu się nowemu centrum kapitalizmu finansowego w Pekinie i Szanghaju – zapewne znów, jak nie raz w historii rozstrzygnęliby na długo globalną rozgrywkę.

W takim wydaniu nie byłoby jednak mowy tylko o resecie, dotychczasowy podział na Zachód i Wschód w ogóle przestałby być aktualny, a Moskwa musiałaby zostać uznać za jedną z równoprawnych stolic zwycięskiego (być może…) systemu gospodarczo-politycznego świata.

Za takim rozwiązaniem przemawiają i wciąż silne tendencje zapadnickie w rosyjskim kierownictwie politycznym, i charakter gospodarki samej Federacji Rosyjskiej. Do takiej też opcji zaczyna się przekonywać Polaków, występujących od jakiegoś czasu na smyczy krótszej od strony Waszyngtonu niż od innych stolic, a więc naturalnie szczególnie posłusznych wobec poleceń płynących z tego kierunku (mowa oczywiście o głosach przebijających się powoli via ośrodki rządowe III RP).

No tak, ale wbrew temu, co tak chętnie powtarza się od dekad w Polsce i co w odświeżonej wersji Amerykanie podpowiadają Rosjanom – ilość punktów spornych między Moskwą a Pekinem jest znikoma, by nie powiedzieć żadna. Po cóż więc Rosja, nawet zamykając jeden kierunek konfliktu, z Zachodem (jak się już okazało w istocie mało uciążliwy) – miałaby sobie otwierać kolejny, na Dalekim Wschodzie, a więc obszarze znacznie bardziej rozwojowym i przyszłościowym?

I na to radę próbują mieć doradcy, w rodzaju p. dyrektor Pełczyńskiej-Nałęcz, przekonującej Polaków, ale bardziej chyba nawet samych Rosjan, że są… „uzależnieni od Chin”. A zatem że powinni zależność tę zrzucić, przystąpić do rywalizacji np. na obszarze środkowo-azjatyckim, słowem – zachowywać się wobec ChRL mniej więcej tak, jak obecnie Polska wobec Federacji Rosyjskiej.

No cóż, oczywiście Rosja nie jest ratlerkiem Zachodu i nigdy nim zapewne nie będzie, porównanie może więc wydawać się chybione – ale też i przykład polski powinien być dla decydentów rosyjskich wystarczająco odstręczający, by nad takim dobrymi radami przejść tym razem do porządku.

Czynnik czasu i faktor wzajemności

Z drugiej strony Rosja nie pali się też zresztą do akcji przeciwnej, do angażowania w jakieś międzynarodówki antyamerykańskie. Między innymi i tę lekcję tradycyjnej dyplomacji zrozumiano przecież na Kremlu i w wieżowcu MSZ FR dobrze – o jedynych i najlepszych sojuszach z własną armią i flotą. Bo to dzięki nim Rosjanie są dziś jednym z decydujących rozgrywających na Bliskim Wschodzie, co z kolei dopomaga choćby w dokonywaniu geopolitycznego zwrotu i usamodzielnieniu jednego z najbliższych dotąd, NATO-wskich krajów zależnych, czyli Turcji.

W ten sposób powstała potencjalna tylko, ale jednak możliwość jednouderzeniowego rozwiązania kryzysu ukraińskiego, gdyby komuś przyszło do głowy rozgrywać dalej zgraną kartę kijowską. W ten właśnie sposób udało się wszak już powstrzymać eskalację w tym regionie świata (za co szczególnie Polacy powinni być zresztą Kremlowi wdzięczni). Przede wszystkim zaś to wciąż utrzymywana siła własna daje Rosji to, czego ta potrzebuje obecnie najbardziej: czas.

Rosji niezbędny jest czas na przyspieszenie modernizacji wewnętrznej, na dogonienie poziomem społecznym i infrastrukturalnym możliwości politycznych. Stąd pacyfikacja u granic – jak najbardziej, jest w interesie Moskwy. Ale nie w zamian za wejście w inne konflikty i w ogóle, nie za wszelką cenę.

Sama dyr Pełczyńska-Nałęcz słusznie zauważa, że współczesna dyplomacja już nie wypiera się zasady „Do ut des”, że kluczowa pozostaje wzajemność – nie bardzo jednak umie wskazać co też takiego poza samym obniżeniem napięcia Zachód może Rosji oferować, wyraźnie jednak liczy się, że w Moskwie wciąż działa ten sam, co 300, 200 i 20 lat temu urok poklepania i nadania wschodnim barbarzyńcom certyfikatu „zachodnich wartości”.

Cóż, zawsze przecież dotąd tak się działo, że kiedy jacyś dobrzy przyjaciele odciągali Rosję od spraw wschodnich i ściągali na powrót do Europy – to wynikały z tego jedynie gigantyczne kłopoty, straty, zniszczenia i konieczność zaczynania wszystkiego niemal od początku…

No, ale to już sami Rosjanie sobie zdecydują – czy interes ten im się opłaci i na jakich warunkach. Co jednak z wnioskami dla Polski?

Soros zmienia ton?

Ogólne są tyleż czytelne, co prawidłowe – tak czy inaczej, ale do odprężenia w relacjach z Rosją dochodzi i ostatecznie dojdzie. Jeśli nawet nie po myśli Trumpa – to dlatego, że dąży do tego również stara Unia, na czele z Francją i Niemcami. Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na kryzys całej UE i jej podstawowych składowych, na konieczność rozwiązywania narastających problemów socjal-etnicznych, na oddolne naciski społeczeństw domagających się tego, co robi np… prezydent Putin: czyli pochylenia się nad własnymi sprawami, zamiast oderwania, alienacji i uganiania za propagandowymi hasłami.

I w tym właśnie punkcie pani dyrektor od Batorego – bo jakże by inaczej – całą sprawę zaczyna widzieć po swojemu, czyli na opak. Ostatecznie bowiem reprezentuje instytucję, która do krzewienia tejże propagandy została stworzona i z niej wciąż nieźle całkiem żyje.

Otóż tak, jak Trump chce się dogadać z Rosją dla jej wciągnięcia w swój konflikt z Chinami – tak sponsor Fundacji Batorego, George Soros nieodmiennie chciałby zapewne, by Rosja stała się elementem walki między Nowym Ładem Światowym, projektami globalizacji na zasadach powszechnego kapitalizmu finansowego i haseł demokracji liberalnej, „społeczeństwa otwartego” itd. – ale po stronie ich krzewicieli, a nie przeciw nim, jak dotychczas.

„Pokój za demokratyzację” – tak brzmiała oferta sorowców jeszcze całkiem niedawno, czyli dokładniej: „Pokój w zamian za kapitulację i upodobnienie”. Dziś jednak osłabienie sorosowskiego ośrodka zachodniego uczyniłoby taki targ absurdalnym, nastąpiło więc przeformułowanie propozycji. Teraz brzmi ona raczej „Pokój, tylko pokój i chociaż niech ci u nas na was nie patrzą!”.

Projekt europejski w wersji à la Bruksela (wciąż zależny od Ameryki, jednak nieco odmienny od niej ideologicznie) żeby przetrwać – również musi się umocnić i zmienić priorytety, tyle, że nie w kwestiach zagranicznych (jak u Trumpa), a wewnętrznych.

Stąd też Paryż i Berlin, a za nimi i inne, słabiej od Ameryki zależne, mniejsze ośrodki nie widzą już sensu podtrzymywania konfrontacji z Rosją w sytuacji, gdy i we Francji, i w Niemczech, i zwłaszcza we Włoszech coraz silniejsze są oddolne tendencje, by z Rosjanami wprost współpracować i to na gruncie wartości, treści i interesów krańcowo przeciwstawnych tym, na których zbudowano nad-państwo brukselskie. Nietrudno też zgadnąć po której stronie miejsce Polski widzi autorka związana z Fundacją Batorego…

Polska czy popychadło?

– Musimy się dogadać z Rosją, bo inni się dogadują – to przekaz, który coraz częściej przebija się do głównego nurtu, zarówno w wyniku powtarzania sygnałów amerykańskich, jak i europejskich. Czy jednak na pewno akurat p. dyr Pełczyńska-Nałęcz nawołuje do odprężenia? Czytając bowiem dokładniej i odsiewając demoliberalną nowomowę okazuje się, że pomysł Fundacji Batorego na polską politykę wschodnią nie różni się co do metody od obecnych podrygów Prawa i Sprawiedliwości. Jak wiemy, „strategia” PiS wyraża się następującym ciągiem:

„Musimy płacić Ameryce za to, że jest naszą metropolią, więc straszymy Polaków zagrożeniem rosyjskim, dzięki czemu uzyskujemy pretekst do transferowania miliardów dolarów do USA”.

To samo, tylko w wersji europejskiej brzmi zaś:

„Musimy za wszelką cenę wdrażać projekt globalnego i europejskiego społeczeństwa otwartego i demoliberalizmu, wmówmy więc Polakom, że Europa pogodzi nas z Rosją, dzięki czemu uzyskamy pretekst dla przyjęcia dyktatu Brukseli w sprawie uchodźców, wysyłania naszych żołnierzy do Afryki i dalszego wciągania Ukrainy w orbitę wpływów Zachodu”.

Jak widać żaden z tych projektów nawet nie zbliża się do określenia, a następnie ochrony realnych interesów polskich, oba natomiast sprowadzają się do użycia Polski dla celów cudzych. Co ciekawe, również same relacje polsko-rosyjskie mają w tych układankach znaczenie czysto instrumentalne.

Pokłóciliśmy się z Rosjanami, bo kazali nam Amerykanie, żeby zarobić, a teraz pogodzą nas dla własnych korzyści Francuzi z Niemcami – tak miałaby wyglądać alternatywa dla Polski.

Tymczasem tak, jak nie powinniśmy zamieniać/uzupełniać wojowania z Rosją wojowaniem z Chinami, tak istotnie, moglibyśmy zyskać na ogólnym odprężeniu europejsko-rosyjskim. Ale nie płacąc za nie zbędnymi koncesjami ideologicznymi wobec Brukseli. Zupełnie przeciwnie. Całkowicie nową jakość geopolityczną mogłoby dać Polsce tylko samodzielne pójście w forpoczcie porozumienia zarówno z Moskwą, jak i Pekinem, a także z mniejszymi ośrodkami (jak choćby z Teheranem). Nasza wartość geopolityczna pojawi się dopiero wraz z poczuciem wartości własnej i środkami jej zabezpieczenia.

W przeciwnym razie nadal będziemy tylko popychadłem.
[Byliśmy, jesteśmy, będziemy – admin]

Konrad Rękas

Źródło: chart.neon24.pl/

 


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(7 głosów)



Ostatnio zmieniany Piątek, 20 wrzesień 2019 10:57
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka Czy Europa pogodzi Polskę z Rosją?