Wydrukuj tę stronę
Kategoria: Publicystyka   Poniedziałek, 23 wrzesień 2019 13:05 Autor: Andreas

Problemem tego kraju zawsze było zarządzanie…

Problemem tego kraju zawsze było zarządzanie… !unite/Flickr/CC BY 2.0

Problemem tego kraju zawsze było zarządzanie. Jeżeli popatrzymy modelowo na państwo jako na całość, doskonale widać, że „ryba psuje się od głowy”. Jednak w naszym przypadku jest ciekawiej, otóż u nas “ryba”, psuje się od głowy, od środka i od ogona także! Mamy przekleństwo elit, które definiują swoją pozycję życiową poprzez zabezpieczenie egzystencji własnej i swojej rodziny (zstępnych) za granicą. Mamy przekleństwo średniej klasy, której w istocie nie ma i się jej głównie wydaje, że pozjadała wszystkie rozumy, bo hurtownia się kręci. Mamy liczną klasę niższą, która jest szczęśliwa jak ma na czteropak i co wrzucić na ruszt. Wszystkie trzy główne klasy społeczne – gardzą sobą same i wzajemnie. Społeczeństwo, jakie odziedziczyliśmy po PRL-u uległo ekspresowej stratyfikacji i podziałom, na tych którzy “mają” i na tych, którzy “nie mają”.

Podobnie było przed ostatnią wojną, podobnie – ale oczywiście w innej skali – było przed rozbiorami, kiedy to w ogóle zapraszanie czynników zewnętrznych do rządzenia krajem było standardem. Przekleństwo Sasów, Wazów czy innych nominatów, przez wieki ukształtowało nasze nieszczęścia. Dzisiaj jest podobnie, z tą różnicą, że jak wiadomo nasze elity polityczne brały pieniądze z zagranicy (na jakimś etapie swojego funkcjonowania), a nasze elity ekonomiczne są z namaszczenia zagranicznych mocodawców, w tym jest wielu obcokrajowców. W ogóle, żeby wejść w Polsce do elity, trzeba mieć namaszczenie np. pewnej pani Ambasador… ale to już inna para kaloszy, nie nasza sprawa, jest jak jest i nic na to nie poradzimy.

Dzisiaj nie jest inaczej, nasze elity, to nie tylko elity polityczne. Biznes podlega zupełnie innym regułom, niż polityka. Ta jest polska, ale już tylko w części, natomiast wspomniany biznes, w swoim największym wymiarze, nie ma już z naszym krajem i Narodem wiele wspólnego. Nikt tego procesu nie monitorował, nikt o tym nie mówi, to temat tabu.
Nie jest inaczej w innych sferach życia publicznego. Nie bez powodu, dobra zmiana tak dużą wagę przykłada do kwestii mediów. Nadreprezentacja zagranicznych czynników wpływu, poprzez powiązania kapitałowe w mediach, to jedno z największych przekleństw naszego kraju.

Wcześniej dobra zmiana spowodowała, że uregulowano kwestię narodowości pracowników wymiaru sprawiedliwości. Co spowodowało wiele krzyku, a powinno być standardem. Urzędy w tym kraju, w tym te polityczne powinny być dla jego przedstawicieli. Jeżeli ktoś ma więcej, niż polski paszport – co samo w sobie jest kwestią trudną – nie powinien piastować żadnych funkcji publicznych. Jak bowiem będzie definiował swoją lojalność wobec państwa polskiego i innego podmiotu państwowego? Uwaga, nie mówmy o żadnej konkretnej osobie, mówimy o zasadzie generalnej. Jak wiadomo po wojnie były problemy z jedną z mniejszości narodowych, która zdefiniowała swój stosunek do państwa i Narodu polskiego poprzez nadreprezentację w organach bezpieczeństwa. Oczywiście o tym się nie mówi, nie wolno, bo nie wypada, ale o „krzywdzie” 1968 roku jak najbardziej? Mały dowód na hipokryzję życia publicznego? Jest ich więcej! Może porozmawiamy o rusofobii – wmawianej Polakom od 30 lat? Może lepiej nie, jeżeli nie chcemy mieć świąt zza krat? Ot, wolność słowa w praktyce…

Przyczyną całego zła jest edukacja, albowiem „czym skorupka za młodu nasiąknie…”, niestety się sprawdza. Jeżeli nie jesteśmy wykształcić pokolenia ludzi, którzy nadążaliby mentalnie za światem, a zarazem pozostali Polakami – to trzeba przemyśleć cały proces edukacji. Szkolnictwo podstawowe i średnie właśnie zostało zreformowane, cofnęliśmy się do epoki szkoły 8-io klasowej, ale to nie na tym polega problem. Chodzi o to, że ani nasza szkoła, ani nasze wyższe uczelnie – z wyjątkami nielicznych miejsc nadzwyczajnych – nie uczą ludzi myślenia! Nie uczą analizy sytuacji, nie uczą sposobów rozwiązywania problemów. Na pewno nie jest normalnym to, że w XXI wieku, jest więcej godzin nauczania religii, niż informatyki! Nie chodzi o to, że mamy cokolwiek przeciwko religii, wręcz przeciwnie – niech będzie nauczana, tylko niech uczą na niej myślenia. W ogóle na jakimkolwiek przedmiocie niech uczą myślenia. Widział ktoś ćwiczenia do religii? Proszę się zapoznać, to pouczająca lektura, pokazuje w jakim kraju żyjemy. W ogóle uświadomienie sobie, że coś takiego istnieje było dla autora dużym szokiem. Autor jest z pokolenia, które jeszcze zaczynało religię w salkach katechetycznych przy lokalnym kościele.

Jak na tę chwilę, nie widać wśród naszych elit żadnej siły, która byłaby zainteresowana continuum państwa i Narodu. Chodzi o to, że nie ma takiej siły sprawczej, masy ciążenia, która powodowałaby, że takie myślenie miałoby charakter sprawczy. Najpotężniejsza organizacja w naszym kraju ma charakter międzynarodowej organizacji religijnej i postrzega nasz kraj z perspektywy swoich interesów, jako – no właśnie – miejsce do robienia interesów. Największy obóz polityczny, to niestety zbieranina miernot, karierowiczów i kilku ludzi rzeczywiście myślących. O opozycji, nie da się powiedzieć nic, co nie wymagałoby używania słów uznawanych za trudne. Partie odnoszące się do wartości narodowych są poza jednym szlachetnym wyjątkiem – skompromitowane, żeby nie powiedzieć zinfiltrowane. Kto ma myśleć o czymś więcej, niż wypłacie świadczeń?

Przed wojną liczyły się środowiska wojskowe i inne związane z państwem z aparatu urzędniczego, całe towarzystwo miało oparcie w ziemiaństwie, jednak generalnie liczył się korpus oficerski mający swoje korzenie w Legionach. Niestety ci ludzie nieszczególnie się sprawdzili w Kampanii Wrześniowej, jednak być może to jest pomysł na odtworzenie elit od nowa? Kto bowiem jest bardziej godny, niż Żołnierz Rzeczypospolitej?

Problem jest oczywiście generalny i ma naturę filozoficzno-egzystencjalną, należy się jednak zupełnie na poważnie nad nim zastanowić, bo w dobie konsumpcjonizmu i załamania się tradycyjnych wartości, nie ma autorytetów. Jeżeli nie ma autorytetów, to nie ma porządku. Jak nie ma porządku, to jest chaos… a z chaosu zawsze wyłania się nowy porządek, niestety zawsze przez zamordyzm. Może o to właśnie chodzi, jak zwykle? Ktoś nam robi rewolucje, a my tego nie widzimy?

Jak wyłaniać elity? Jak to definiować? Skąd brać autorytety? To nie tylko nasz problem, to problem całego świata Zachodu. Widzieliście Państwo jak kształtuje się autorytety w erze konsumpcjonizmu dla dzisiejszych pokoleń wchodzących do dorosłego życia? Słuchawki na uszach, smartfon w dłoni, ciągłe bodźce, konsumpcja kultury – podanej na tacy, gotowe wzorce, na zasadzie masowego dowodu słuszności z przeniesienia. Nie wymagamy refleksji, nie wymagamy krytyki, nie wymagamy zastanowienia się. Pozostajemy na poziomie – czy to się nam opłaca? No i najważniejsze, czy nie odstajemy od większości? Czy może raczej, tego co jest przedstawiane jako większość? W końcu słuszność to większość, a większość to słuszność. Proste prawda? Logika jednoargumentowa: “bo białe”, uwaga już bez dopełnienia “… jest białe”. Nikt nie domaga się uzasadnień, a nawet nie ma świadomości, że są potrzebne, dowód słuszności pochodzi z masy przekazu, jeżeli coś się upowszechnia, to znaczy że tak jest… więc… “bo białe”. Jak z tymi ludźmi układać relacje społeczne? Jak funkcjonować w takiej “wspólnocie”? Jeżeli autorytetem jest zbiór tatuaży, w obcisłej bieliźnie, jedzący markowe czipsy w markowych dżinsach? O to chodziło w tysiącach lat zachodniej cywilizacji? Do tego zmierzaliśmy?



Źródło: Obserwator Polityczny


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(4 głosów)



Artykuły powiązane

Ostatnio zmieniany Poniedziałek, 23 wrzesień 2019 08:03