Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka Jeśli skutecznie zażądacie pieniędzy na pokrycie kosztów wychowania dzieci, nie starczy ich na finansowanie zabijania dzieci na wojnie
Kategoria: Publicystyka   Poniedziałek, 16 marzec 2015 12:31 Autor: admin

Jeśli skutecznie zażądacie pieniędzy na pokrycie kosztów wychowania dzieci, nie starczy ich na finansowanie zabijania dzieci na wojnie

Jeśli skutecznie zażądacie pieniędzy na pokrycie kosztów wychowania dzieci, nie starczy ich na finansowanie zabijania dzieci na wojnie foto: Wikimedia Commons/CC

Czy gratyfikowanie (publiczne docenienie, płacenie) pracy domowej Matek jest potrzebne?

Tak. Ale raczej nie „gratyfikacja” tj. płacenie za coś, lecz płacenie na coś. Ekonomiści powtarzają – za noblistą Miltonem Friedmanem  – jakby mantrę, że „Nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad”. Zawsze ktoś zań płaci. Ileż słuszniejsze jest to stwierdzenie w odniesieniu do domowej pracy i innych  kosztów, związanych z  wychowywaniem dzieci. Czy odpowiedzialność za to można traktować jako sprawę prywatną rodziców? Czy w ogóle istnieje jakakolwiek działalność ludzka ściśle prywatna, nie mająca wpływu na społeczeństwo? Prywatna praca jest przecież tylko myślową abstrakcją; pożyteczną, ale często bardzo mylącą; co dopiero, gdy chodzi o wychowywanie dzieci. Mało, która praca może się z tym równać pod względem znaczenia społecznego. Ten wydatek energii trzeba podtrzymywać. Jakoś nikt nie liczy, że samochód pojedzie bez paliwa i zabiegów konserwacyjnych. Praca nie jest możliwa bez zużywania energii. Nawet jeśli pracę wychowawczą w rodzinie traktować jako wolontariat, to przecież każdy wolontariat wymaga podstawowego podtrzymania, jeśli ma się utrzymać. Działalność charytatywna też nie jest możliwa, na dłuższą metę, bez pokrycia podstawowych kosztów. Nie powinna tylko być nastawiona na zysk. Podtrzymanie energetycznych wydatków może być dokonywane realnymi dobrami na zaspokojenie potrzeb w naturze, lub za pośrednictwem pieniędzy, stanowiących uprawnienie do pobierania z rynku dóbr według własnego wyboru, z poszanowaniem ludzkiej godności.

Dlaczegóż by kosztów wychowywania  w domu nie miało pokrywać społeczeństwo? Takich wątpliwości nie mamy w przypadku instytucji wychowawczych. Czy efektywność pracy rodziców, choćby tylko fizycznie opiekuńczej, nie jest z reguły większa niż instytucji i pracowników instytucjonalnych? Czy rodzicielskie uwarunkowania fizjologiczne i psychologiczne nie są często pewniejsze niż same dyplomy pedagogicznych kwalifikacji?  Można chyba mówić wręcz o „mnożnikowym efekcie” właśnie rodzicielskich postaw w stosunku do nakładów. Wprawdzie u rodziców zdarzają się patologie, ale przecież trafiają się one także u zawodowych pedagogów..

Co jest najważniejsze: emerytury, pensje, odpisy podatkowe z wyraźnym wskazaniem, że to za pracę domową, czy jakieś inne formy wynagradzania?

Najważniejsze jest, moim zdaniem, potraktowanie serio przede wszystkim fizycznego nie zaś prawnego aspektu pracy. Samochodowi nie „wynagradza się” za jazdę. Paliwo wlewa się na czas jazdy. Myślę, że prawdziwym wynagrodzeniem rodziców jest zaspokojenie ich rodzicielskich impulsów. Dlatego mówienie o wynagrodzeniu nie wydaje mi się w tym przypadku właściwe, podobnie jak wspieranie dzieł charytatywnych nie jest wynagradzaniem wolontariuszy, lecz fizycznym umożliwieniem im skutecznego działania. I tutaj znów „mnożnik emocjonalny” zapewnia efektywność często większą niż w przypadku instytucjonalnym. Dlatego sądzę, że rodzic wychowujący dzieci nie powinien otrzymywać „pensji”, lecz bez podatkowe pokrycie niezbędnych kosztów; zatem przynajmniej w wysokości minimum socjalnego na głowę, wliczając jego osobę, ilość dzieci, z uwzględnieniem ich ewentualnego inwalidztwa. W koszty te trzeba by wliczyć ubezpieczenie zdrowotne i emeryturę rodzica. W ostatecznym rozrachunku powinno to być chyba bardziej efektywne niż opiekuńczość instytucjonalna.

Oszczędności budżetowe polegałyby, między innymi,  bezpośrednio na uznaniu gospodarstwa domowego za już istniejące miejsce pracy, zasadniczo z bardzo małymi kosztami inwestycyjnymi. Rynkowy koszt inwestycyjny miejsca pracy wytwórczej czy usługowej wynosi od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych. Ponadto można by zapewne uzyskać bez inwestycyjnie prawie drugie tyle miejsc pracy zwolnionych przez osoby decydujące się poświęcić parę lat na wychowanie dzieci, jeśli taki proces zmiany warty na istniejących pozadomowych miejscach pracy byłby podtrzymywany. Oba te działania powinny dać, moim zdaniem ostrożnie licząc, około milionową redukcję bezrobocia, mniejszym kosztem pieniężnym i społecznym niż w przypadku rozwiązań instytucjonalnych. Pytanie „co ważniejsze – emerytura, pensje, odpisy podatkowe?” czyni wrażenie troski o jeden aspekt bardzo złożonej, nierozdzielnej całości. Uważam, że wynika to z natury myśli, która nie umie sobie radzić z całościami inaczej niż fragmentarycznie. Ta fragmentaryczność jest ze swej natury abstrakcyjna. Pomaga myśleć, lecz myślenie jest tylko małym fragmentem egzystencji. Konieczność pokrycia energetycznego kosztu pracy jest realnością fizyczną, a nie abstrakcją myślowo-finansowo-prawną.

Trzeba zauważyć, że żyjemy nie dzięki pieniądzom, lecz dzięki obecności pracy i dóbr  na zaspokajanie potrzeb egzystencjalnych, przede wszystkim wyprodukowanych w Kraju, lub importowanych za krajowe usługi i towary.

W obecności rezerwowego, gospodarczo martwego nadmiaru produktów i możliwości produkcyjnych, uruchamianego jedynie kosztownym bankowym kredytem, tworzonym z powietrza,  ograniczanie produkcji i konsumpcji podstawowych dóbr z powodu braku pieniędzy,  wydaje mi się polityczno-teoretyczną fikcją. Mając takie rezerwy nie trzeba by przecież  zabierać z talerza Jana, żeby dać Pawłowi. Dlatego  konieczne było by nie tyle zwiększanie podatków na „wydatki socjalne”, ile dobrze przemyślane przekierowanie części z nich na ten rodzinny cel, wraz z uruchomieniem  rezerw przez ich bezprocentową państwową monetyzację, przeznaczoną,  między innymi, na zwiększenie efektywnego popytu na rodzinne potrzeby wychowawcze, moim zdaniem nieinflacyjne.

Co trzeba zrobić najszybciej, żeby Matki wychowujące dzieci nie żyły w poczuciu, że są nic niewarte?

Potrzeba, by rodzice wychowujący dzieci, przeważnie Matki, uświadomiły sobie swoją godność, pierwszorzędną ważność swej pracy domowej i zażądały uznania jej przez społeczeństwo. Dowodem faktycznego uznaniajest dostarczanie im energii potrzebnej na jej wykonywanie. Trzeba, aby Mamy uświadomiły sobie, że są do dyspozycji, wciąż nie wykorzystane, marnowane, krajowe rezerwy dóbr i produkcyjne, na pokrycie co najmniej ich podstawowych realnych potrzeb i należy tylko wyrazić je w pieniądzu. To stanowi już problem techniczny, możliwy do rozwiązania jeśli będzie odpowiednia wola polityczna.

W Anglii roczny budżet na zbrojenia jest tylko około 9% wyższy niż roczny koszt pracy domowej Matek. Czy Matka musi współtworzyć bombę, aby móc dać dzieciom i sobie chleb?

Czy trzeba ograniczać produkcję mleka i zbierać od społeczeństwa datki na kubek mleka dla każdego dziecka, płacić hurtowe ceny za owoce znacznie poniżej kosztów produkcji?

Trzeba, aby Matki  zdały sobie sprawę, że brak możliwości fizycznych poza podatkowego zaspokojenia ich energetycznych potrzeb jest mitem. Mit niemożności realizacji czegoś całkiem możliwego paraliżuje nawet podstawowe odruchy obrony własnej biologicznej egzystencji.

Trzeba, aby Panie wyzwoliły się z hipnozy niższości i niemożności. Jeśli tylko Panie  wezmą się za to na serio…

Jeśli  skutecznie zażądacie pieniędzy na pokrycie kosztów wychowania dzieci, nie starczy ich na finansowanie zabijania dzieci na wojnie.

 

Źródło: Głos Ulicy


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(3 głosów)



Jeśli chcesz skomentować, ale nie używasz portali społecznościowych, możesz użyć naszego niezależnego systemu komentarzy.
Żeby to było możliwe, należy musisz mieć w naszym portalu zarejestrowane i aktywowane konto użytkownika, a także musisz być zalogowany. Rejestracja trwa chwilę i jest bezpłatna.
Rejestracja w portalu
Logowanie
Ostatnio zmieniany Poniedziałek, 16 marzec 2015 18:24
alexjones.pl Informacje z Polski Publicystyka Jeśli skutecznie zażądacie pieniędzy na pokrycie kosztów wychowania dzieci, nie starczy ich na finansowanie zabijania dzieci na wojnie