Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje ze świata Polityka na świecie Demokracja wydmuszkowa
Kategoria: Polityka na świecie   Niedziela, 30 kwiecień 2017 06:04 Autor: admin

Demokracja wydmuszkowa

Ostatnie wybory we Francji powodują u mnie smutne refleksje. Nigdy nie byłem wielkim fanem demokracji, bo zawsze twierdziłem, że to tylko pic na wodę. Uważam, tak jak mówił Alexis de Tocqueville, że nie trzeba bać się wyborów – ludzie zagłosują tak, jak im się powie. I tak właśnie się dzieje. Nigdy nie byłem fanem demokracji w obecnej formie, bo po pierwsze, nawet u swoich podstaw teoretycznych, nie jest to demokracja, tylko oligarchia, a po drugie odrobina uważnej obserwacji i refleksji pokazuje, że to, co się wokół nas dzieje nie ma już w zasadzie nic wspólnego z tymi teoretycznymi podstawami.

System, w którym głosujemy na kogoś, kogo nam się proponuje, bez możliwości faktycznie zagłosowania na kogoś innego, albo zostania samemu kandydatem nie jest tak naprawdę demokracją. Demokracja, czyli władza ludu, logicznie, powinna polegać NAJPIERW na tym, że to obywatele mają władzę i decydują. Czyli podstawą powinna być demokracja bezpośrednia. Tłumaczy nam się, że „nie da się”, choć oczywiście skoro od dziesięcioleci „daje się” w Szwajcarii, choć mamy dziś w ręku wszelkie narzędzia pozwalające na stworzenie takiego systemu, to wiemy doskonale, że „się da”. Jednakże nie mamy nawet śladu dążenia do zmiany systemu na choć trochę bardziej przypominający władzę ludu, bo oczywiście nie jest to na rękę żadnemu z rządzących czy o to rządzenie walczących. Systemu oligarchicznego nie da się tak łatwo pokonać, i jest to oczywiste.

Wybory we Francji, ale przecież i niedawne wybory w Polsce, pokazują nam, że nawet oligarchia zaczyna się dziś degenerować i zamieniać się w hybrydowy system władzy, w którym ster jest w rękach całkiem nowych uczestników gry politycznej. Po raz pierwszy – w Polsce w 2015, a w tym roku we Francji, na scenie pojawiły się, właściwie dokładnie znikąd, postacie i organizacje, które nagle postanowiły sięgnąć po władzę. Całkowite kukiełki, wydmuszki stworzone od A do Z przez firmy wyspecjalizowane w Public Relations, z użyciem wszelkich znanych narzędzi manipulacji stosowanych w reklamie, a szczególnie przy lansowaniu nowego produktu.

W Polsce był to oczywiście pan Ryszard Petru i jego .Nowoczesna, którzy pojawili się nagle znikąd z 11% poparcia w sondażach, siecią biur w całej Polsce, dopracowaną kolorystyką i symboliką oraz znacznymi pieniędzmi pochodzącymi nie wiadomo skąd. Ich pojawienie się może przypominać nieco pojawienie się Platformy Obywatelskiej swego czasu, ale różnica jest jednak znaczna o tyle, że Platforma oparła się przynajmniej na jakichś znanych politykach i próbowała  przedstawić trzymający się kupy program. Czyli udawała przynajmniej, że ich projekt tworzony jest wokół jakiejś idei dla Polski. Petru nie udawał – jego twórcy postanowili wykorzystać coraz bardziej powszechne poczucie niechęci wobec polityki i polityków i oprzeć się na haśle: my nie jesteśmy umoczeni w to, co robiła Platforma, stoi za nami Balcerowicz (więc jesteśmy kompetentni)  i co najważniejsze nie jesteśmy PiSem. Był to celny strzał, który się udał ponad wszelką wątpliwość. Było to oczywiście żałosne oszustwo takie jak wypuszczenie nowego, „rewolucyjnego” proszku do prania, po którego wypraniu prześcieradło jest bielsze od bieli, ale było to oszustwo skuteczne, tak jak skuteczne jest oszustwo z proszkiem. Wystarczy odpowiednio dobrać słowa, zamiast mówić wprost trzeba sugerować, albo tak pokierować tokiem myśli konsumenta, by sam się przekonał, by miał wrażenie, że wręcz ODKRYŁ rewolucyjny produkt. I to się dało zrobić, jak możemy to stwierdzić dzięki panu Petru.

Co ciekawe we Francji zrobiono o jeden krok więcej. Nie wiadomo czy to z braku czasu na szukanie nowych twarzy, czy też w wyniku pogłębionych badań i refleksji, które doprowadziły do stwierdzenia, że nie ma potrzeby nawet wyszukiwania kogoś nowego, że można wykreować na nowego prezydenta kogoś już dobrze sprawdzonego. I pojawił się Emmanuel Macron, który był wcześniej szefem gabinetu prezydenta Hollanda, następnie był jego ministrem, przy czym wsławił się szczególnie „ustawą Macrona” silnie uderzającą w nabyte prawa pracownicze.

Najśmieszniejsze jest to, że pojawił się jako zupełnie ktoś nowy, z nową partią tak jak Petru, ze strukturami, i natychmiast zdobył sobie przychylność mediów. Z dnia na dzień pojawił się wszędzie, jak Rychu, w telewizji, w radio, na pierwszych stronach gazet. Ponieważ Francja jest krajem o wiele bardziej liczącym się na arenie międzynarodowej, to Macron pojawił się nawet na pierwszej stronie największego tygodnika Argentyńskiego. Nagle wszyscy zaczęli o nim mówić, a żaden dziennikarz nie śmiał zadać mu jakiegokolwiek niewygodnego pytania o przeszłość w rządzie Hollanda. Niewygodnego, bo Hollande jest najbardziej znienawidzonym prezydentem w historii V Republiki, co spowodowało skądinąd, że nawet nie próbował starać się o drugą kadencję.

 

Źródło: Adam Pietrasiewicz


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(9 głosów)



Ostatnio zmieniany Niedziela, 30 kwiecień 2017 07:07