Font Size

Czcionka
alexjones.pl Informacje ze świata Polityka na świecie Wojny z terroryzmem nie było
Kategoria: Polityka na świecie   Poniedziałek, 02 marzec 2015 11:00 Autor: admin

Wojny z terroryzmem nie było

Wojny z terroryzmem nie było foto: Wikimedia Commons/CC
W 1991 roku Jean Baudrillard napisał prowokacyjny esej Wojny w Zatoce nie było. Prowokacja polegała na tym, że I wojna w Zatoce Perskiej nie tylko kosztowała życie ponad 100 000 ludzi, lecz także była początkiem radykalnych zmian na Bliskim Wschodzie, które dziś kulminują wojną, rozpadem państw, przemocą oraz degradacją ekonomiczną i społeczną. Mniejsza o racje, dla których francuski myśliciel sformułował swoją tezę o nieistnieniu wojny z Zatoce. Dzisiaj teza ta domaga się parafrazy – nie było nigdy wojny z terroryzmem.

Po zamachach 11 września 2001 roku wojna z terroryzmem ogłoszona została priorytetem amerykańskiej polityki bezpieczeństwa, a ta z kolei priorytetem pośród innych polityk. W polityce zagranicznej oznaczać to miało zastosowanie wszelkich środków, z nielegalną wojną włącznie, aby wykorzenić infrastrukturę polityczną, ekonomiczną i społeczną ultraradykalnego islamizmu politycznego, odpowiedzialnego za zamachy w Nowym Jorku. W polityce wewnętrznej – ograniczenie praw obywatelskich, gigantyczną rozbudowę państwowego i prywatnego aparatu kontroli oraz ostentacyjne lekceważenie elementarnych praw człowieka (Guantanamo, tortury).

15 września 2014 roku w Paryżu odbyła się międzynarodowa konferencja: jej celem miało być powołanie szerokiej i skutecznej koalicji przeciw ogłoszonemu nieco wcześniej kalifatem Państwu Islamskiemu, które objęło w posiadanie większość północnego Iraku i wschodniej Syrii. Poza państwami Zachodu, Rosją i Turcją zaproszono „partnerów regionalnych USA”: Arabię Saudyjską, Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Nie zaproszono natomiast dwóch podmiotów, które realnie i z pewnymi sukcesami walczyły dotychczas z siłami kalifatu, dwóch graczy, którzy dysponują zdyscyplinowanymi i zmotywowanymi wojskami: rządu syryjskiego i sił syryjskich Kurdów ściśle powiązanych z Partią Pracujących Kurdystanu. Oni są zdeterminowani. Walczą o przetrwanie, ich stosunek do islamistów wyraża się w formule: oni albo my. Za to zarówno Turcja, jak i trzy państwa Zatoki skutecznie wspierały dotąd bojowników Państwa Islamskiego finansowo lub logistycznie, a do tego ideologicznie i propagandowo. Amerykańskie deklaracje co do współpracy ze świecką opozycją w Syrii przeciw Państwu Islamskiemu mogą zastanawiać. Tak zwana świecka opozycja dziś nie istnieje lub nigdy nie istniała, przynajmniej jako znacząca siła militarna. Głównym przeciwnikiem kalifatu był w połowie września Front Al-Nusra – lokalna frakcja Al-Kaidy wedle jego własnych oświadczeń. Czyżby rząd USA dopuszczał współpracę z prawowitymi spadkobiercami bin Ladena? Kilka dni po konferencji Stany Zjednoczone rozpoczęły bombardowania pozycji kalifatu na terytorium Syrii. Rząd tego kraju sugerował wcześniej, że nie będzie się takiej akcji sprzeciwiał i po bombardowaniach ogłosił, że został o nich uprzedzony. USA początkowo zaprzeczyły. Ostatecznie przyznano, że przekazano na temat ataków „ogólne informacje”. Jakby samo podejrzenie, że USA zastosowały się w kwestii bombardowań Syrii do prawa międzynarodowego, Pentagon i Departament Stanu uważały za fakt wstydliwy...

Wydarzenia te obrazują jednak fakt o wiele ważniejszy niż ogólnie znana amerykańska pogarda dla prawa międzynarodowego. Otóż wojna z terroryzmem islamistycznym nigdy nie stała się rzeczywistym priorytetem. Nie chodzi tylko o to, że nie podjęto długofalowych polityk społecznych i ekonomicznych, które mogłyby zlikwidować źródła terroryzmu. Tego spodziewać się mogli po USA tylko najwięksi idealiści. Chodzi o działania dyplomatyczne oraz militarne skierowane bezpośrednio na izolację, odcięcie źródeł finansowania i eliminację aktywnych grup islamistów stosujących terror. Nigdy działania te nie były priorytetem, realizowano je przy okazji, niekonsekwentnie, tylko częściowo. Czasem podejmowano decyzje z punktu widzenia skuteczności zwalczania terroryzmu bezsensowne i czyniono to najpewniej świadomie. Innymi słowy elity polityczne i wojskowe nigdy nie uznały walki z terroryzmem za ważniejszą od interesów ekonomicznych ani od tak zwanej „architektury bezpieczeństwa”, czyli systemu sojuszy i stref wpływów gwarantujących amerykańską hegemonię. Zarówno źródła finansowania, jak i korzenie ideologiczne agresywnego islamizmu politycznego znajdowały się w Zatoce (przede wszystkim w Arabii Saudyjskiej). Podczas zimnej wojny islamizm był jawnym sprzymierzeńcem w walce z arabskimi komunistami i świeckimi nacjonalistami. Po 11 września sojusznikiem już nie był. Trzeba naprawdę rozbudowanej teorii spiskowej, żeby uznać, że USA nadal intencjonalnie wspierają islamistyczną międzynarodówkę. Chodzi raczej o priorytety, które nawet policyjną i militarną politykę antyterrorystyczną obracają wniwecz. Kiedy 12 lat temu George W. Bush ogłaszał krucjatę przeciw „osi zła”, wielu uważało ją za tożsamą z wojną z islamizmem stosującym terror. Tymczasem nawet tego nie deklarowano. W twardym jądrze osi znalazły się Irak, Iran i... Korea Północna. Dwa pierwsze kraje sytuowały się w awangardzie walki z islamizmem spod znaku Al-Kaidy, trzeci nie miał z tą sprawą zgoła nic wspólnego. Rozszerzone wersje „osi zła”, podawane potem przez przedstawicieli administracji USA, obejmowały jeszcze Syrię, Libię Kaddafiego (przypadki podobne do Iraku i Iranu), a także Zimbabwe, Mjanmę oraz Białoruś. Konia z rzędem temu, kto w tym ideologicznym programie znajdzie coś innego niż tylko obudowę doraźnych i drugorzędnych interesów. Warto w tym miejscu dodać, że chociaż Iran i jego libański sojusznik Hezbollah (owszem, także element „osi zła”) odwołują się do islamskiej (szyickiej) tożsamości, od islamizmu sunnickiego saudyjskiej proweniencji dzieli je niemal wszystko w kwestiach najistotniejszych: cele geopolityczne, ale też stosunek do kobiet, innowierców, mniejszości etnicznych. Zmarły w 2010 roku ajatollah Fadlallah, duchowy mentor Hezbollahu, potępił zamachy 11 września. Opowiadał się także za wzmocnieniem roli kobiet w społeczeństwie (w edukacji, miejscu pracy oraz polityce) i rodzinie (wraz z prawem do używania siły przez kobiety, które stają się ofiarami przemocy ze strony mężów) oraz tolerancją religijną obejmującą również bezwyznaniowców tudzież ateistów. Jest pewne, że takich religijnych werdyktów nie wydawał po to, by przypodobać się zachodnim protektorom, bo takich nie miał. Nie chodzi o to, żeby z Hezbollahu, Syrii, a szczególnie z rządu Iranu czynić awangardę postępu społecznego. Kto jednak nie dostrzega różnicy między nimi a kalifem Ibrahimem, cierpi na nieuleczalną ślepotę.

Po 13 latach od początku rzekomej wojny z terroryzmem talibowie w Afganistanie (związki tych islamistów z międzynarodowym terroryzmem także nie są oczywiste – od początku wojny afgańskiej honorowy przywódca Al-Kaidy ukrywał się wszak w Pakistanie) są niemal równie silni jak na jej początku. Inspirowane przez Al-Kaidę ruchy są obecne militarnie w Somalii, na egipskim Synaju, w Jemenie, Mali, a w północnym Iraku i wschodniej Syrii skonsolidowały twór quasi-państwowy. Wcześniej ich tam nie było. Klęska wojny z terroryzmem wydaje się całkowita. Tyle że wojny tej nigdy nie toczono na poważnie. Nie chcę tym samym powiedzieć, że tak powinno się ją toczyć, lecz skonstatować fakt. W gruncie rzeczy nie ma w tym przebiegu zdarzeń nic nadzwyczajnego – taki jest los krucjat. Czy to nie czwarta krucjata, wyruszywszy przeciwko Saracenom, zburzyła arcychrześcijański Konstantynopol?

Pytanie brzmi: dlaczego właściwie USA po spektakularnym ataku skierowanym przeciwko własnym obywatelom na własnym terytorium nie uczyniły z walki z terroryzmem islamskim priorytetu? Odpowiedź nie wydaje się skomplikowana – w gruncie rzeczy, terroryzm ten nie zagrażał imperialnym interesom. W przeciwieństwie do komunizmu ideologia ta była hermetyczna dla obywateli USA, nie mogła więc stanowić zagrożenia wewnętrznego. Jeżeli chodzi o interesy ekonomiczne i geopolityczne, to przykład Saudyjczyków świadczy, że nawet z najbardziej radykalnymi islamistami daje się robić interesy. Świeccy dyktatorzy, choćby i jednali się z kapitalizmem, zawsze mogą szukać geopolitycznych alternatyw – w Chinach lub ewentualnie Rosji. Dla islamizmu jest to droga trudniejsza. Islamizm, nawet terrorystyczny, nie zagraża poważnie interesom amerykańskiego imperium. Może być tylko uciążliwy. Dlatego nigdy nie było wojny z terroryzmem.

Michał Kozłowski

 

Artykuł pochodzi z kwartalnika "Bez Dogmatu".


Polub nas na facebooku

Oceń ten artykuł
(1 głos)



Jeśli chcesz skomentować, ale nie używasz portali społecznościowych, możesz użyć naszego niezależnego systemu komentarzy.
Żeby to było możliwe, należy musisz mieć w naszym portalu zarejestrowane i aktywowane konto użytkownika, a także musisz być zalogowany. Rejestracja trwa chwilę i jest bezpłatna.
Rejestracja w portalu
Logowanie
Ostatnio zmieniany Poniedziałek, 02 marzec 2015 17:00